Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Czekając na (prawdziwy) kryzys

6 lipca 2022
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

C o najmniej od 2015 r. hasło „kryzys migracyjny” pada zawsze, ilekroć tylko pojawiają się doniesienia o wzmożonym napływie uciekinierów – dotychczas głównie na Morzu Śródziemnym. Choć w ciągu minionych siedmiu lat wielokrotnie wieszczono, że tym razem już na pewno dojdzie do katastrofy, to nie wpłynęło to zbyt pobudzająco na toczące się prace nad paktem o migracji i azylu. Po politycznej burzy o przymusową relokację ostatecznie zdecydowano się z tego mechanizmu zrezygnować, jednak nowe propozycje wykuwają się w bólach i zgrzytach wśród całej „27”.

Nowe światło na ten problem rzucił ubiegłoroczny kryzys na granicy Białorusi z Polską, Litwą oraz Łotwą. Początkowo europejski mainstream – zarówno polityczny, jak i medialny – skupiał się wyłącznie na rozliczaniu litewskich i polskich władz z humanitaryzmu. Jednak ostatecznie najwyższe czynniki w UE, w tym sam szef RE Charles Michel, przyznały, że jest to działanie o charakterze hybrydowym ze strony reżimu Alaksandra Łukaszenki. Sam Łukaszenka nigdy zresztą tego nie ukrywał – już kilka miesięcy przed przeprowadzaniem akcji uprzedzał o swoim zamiarze. Tym bardziej dziwi krytyczne wobec litewskich władz orzeczenie TSUE z ubiegłego tygodnia. Stwierdzenie, że litewskie przepisy, na mocy których bezprawnie przekraczający granicę UE migranci są zatrzymywani, nie są zgodne z prawem UE, było do przewidzenia. Od początku kryzysu krytycznie wobec stosowania push-backów, czyli odsyłania migrantów bez weryfikacji, czy przysługuje im prawo do azylu, wypowiadali się zarówno przedstawiciele PE, jak i Komisji Europejskiej oraz organizacje broniące praw człowieka. Kluczowa jest jednak skala zjawiska z ubiegłego roku, którą władze Litwy (i Polski także) określiły jako zagrażające bezpieczeństwu państwa. Pod koniec października ubiegłego roku unijni liderzy podczas szczytu w Brukseli przyjęli zresztą w konkluzjach zapisy potępiające „instrumentalne wykorzystywanie migrantów do celów politycznych” przez białoruski reżim, określając te działania wprost „atakami hybrydowymi”.

Tymczasem według TSUE dantejskie sceny, które rozgrywały się na granicy UE z Białorusią, nie były jakimkolwiek zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. Co ciekawe, wyrok TSUE został wydany na podstawie jednostkowego przypadku imigranta o inicjałach M.A. zatrzymanego po przekroczeniu litewskiej granicy i – trudno nie zgodzić się z orzeczeniem, że indywidualny przypadek nie stanowi większego zagrożenia. Gdy ogląda się nagrania z granicy polsko-białoruskiej i litewsko-białoruskiej z ubiegłego roku, sytuacja wydaje się przedstawiać nieco inaczej. Wycinanie ogrodzenia, rzucanie przedmiotów w kierunku służb mundurowych, powalanie drzew na graniczne płoty, masowe szturmy na funkcjonariuszy – to raczej nie jest dzieło M.A., ale tysięcy podobnych M.A., którzy przybyli na unijne granice oszukani przez białoruskiego dyktatora. Według TSUE bezprawny pobyt na terytorium obcego państwa sam w sobie nie stwarza zagrożenia. Właściwie można zatem zastanowić się, – po co nam w ogóle granice?

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.