Wstęp - Unijne propozycje wzburzyły internautów. Wyjdą na ulice. Ale w czyim interesie?
Będzie podatek od linków”, „Nadchodzi cenzura internetu”, „To drugie ACTA” – takimi hasłami portale agregujące treści próbują podburzać społeczność internetową, by poderwać ją do działania przeciwko projektowanej dyrektywie o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (obecnie jest procedowana w Parlamencie Europejskim). W najbliższy weekend w kilkunastu miastach Polski organizowane są protesty rzekomo w obronie wolności słowa w internecie.
Celowo używam tutaj określeń „podburzać” i „rzekomo”, bo nie ma wątpliwości, że hasła, jakimi próbuje się przekonywać społeczność internautów, są – delikatnie mówiąc – przesadzone. Bo gdy wczytać się w treść projektowanego art. 11 i istotę zamiarów Komisji Europejskiej, to się okazuje, że nie chodzi wcale o podatek, tylko o zapłatę za własność intelektualną należącą do twórcy pierwotnego tekstu. I nie od linków, tylko fragmentów czy całych utworów zamieszczanych w celach komercyjnych (a więc przynoszących dochód temu, kto je zamieszcza). I na dodatek nie ma wcale mowy o zakazie memów czy cytowania, dzielenia się treściami na Facebooku czy na blogu! Dyrektywa – wbrew temu, co twierdzą ci, którzy manipulują hasłami – nie będzie ograniczać prawa dozwolonego użytku, prawa cytatu, prywatnej sfery. Dotyczy jedynie tych, którzy wykorzystują czyjąś własność intelektualną komercyjnie i czerpią z tego korzyści!
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.