Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Kreml Unii nie znosi. To wystarczy, by o nią dbać

30 kwietnia 2024

R osyjskie podejście do Unii Europejskiej najlepiej ilustrowało potraktowanie szefa wspólnotowej dyplomacji Josepa Borrella podczas wizyty w Moskwie. Katalończyk odwiedził Rosję niemal dokładnie rok przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę. Dolary przeciw orzechom, że nigdy wcześniej ani później ten doświadczony dyplomata nie czuł się równie upokorzony. Mało, że podczas konferencji z ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem – swoją drogą to zadziwiające, jak długo żył mit o wysokiej klasie tego czynownika – musiał wysłuchiwać, że Rosja „kształtuje swoje życie, wychodząc z założenia, że Unia Europejska jest niesolidnym partnerem”, to jeszcze równolegle resort Ławrowa wyrzucił trzech dyplomatów z Niemiec, Polski i ze Szwecji. Borrellowi, nieprzyzwyczajonemu do takiego traktowania, pozostało wydukać formułkę o „głębokim zaniepokojeniu i prośbie, by uwolnić i zacząć śledztwo w sprawie zatrucia” Aleksieja Nawalnego.

Rosja Unii nie szanuje ani nie rozumie. Dla Kremla wzorem europejskich relacji dwustronnych byłby powrót do znanego z XIX w. koncertu mocarstw. Po pokonaniu Napoleona przymierze Austrii, Prus, Rosji i Wielkiej Brytanii samodzielnie regulowało życie na Starym Kontynencie, decydując, które państwa mają prawo do istnienia, a które nie. W nowszej formule, którą przejściowy prezydent Dmitrij Miedwiediew promował nie bez sukcesów jako „Europę od Lizbony po Władywostok”, Moskwa była skłonna się dogadywać z Francją, Niemcami, może Włochami, uznając te kraje za godnych siebie partnerów. Wielka Brytania była uznawana za obce ciało, amerykańskiego konia trojańskiego, a reszta z Polską na czele – za watahę szczekających ratlerków, którymi nie należy się przejmować, a jedynie dopasować je niczym puzzle do poszczególnych stref wpływów. Dla instytucji unijnych na tej mentalnej mapie po prostu nie ma miejsca.

– Cokolwiek byśmy robili, wychodzi ciągle to samo: albo KPZR, albo automat Kałasznikowa – głosi jedna z czernomyrdinek, bon motów byłego premiera Rosji Wiktora Czernomyrdina. Rosjanie też próbowali budować coś na kształt UE. Najnowsze wersje Unii Euroazjatyckiej nawiązywały do oryginału nie tylko nazwą, lecz także kształtem instytucji. Tyle że podobne inicjatywy integracyjne ignorowały fundamentalną sprzeczność wewnętrzną. Państwa Europy dobrowolnie zrzekają się na rzecz wspólnych instytucji części własnych kompetencji. Stąd tak istotne dla samego przetrwania Unii jest zachowanie demokracji i praworządności w państwach członkowskich. Dyktatury zaś są niezdolne do zrzekania się prerogatyw, bo w przeciwnym razie nie byłyby dyktaturami. Do tego dochodzi ogromna różnica potencjałów. Rosja w każdej postaci byłaby jedynym potentatem w unii z Białorusią, Kazachstanem i innymi krajami regionu. Trudno byłoby uniknąć jej dyktatu nawet w warunkach demokratycznych. Stąd pomysły integracyjne kończyły się fiaskiem albo fasadą.

Pozostało 55% treści
Możesz czytać nasze artykuły dzięki partnerowi PWC.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.