Pożytek ze Stauffenbergów
Śmierć Aleksieja Nawalnego, bez wątpienia zawiniona przez reżim Władimira Putina (nawet jeśli nie nakazał on zgładzenia opozycjonisty), wywołała falę emocjonalnych reakcji. W Rosji i na Zachodzie. Zwłaszcza te drugie mogą, choć oczywiście nie muszą, okazać się gamechangerem w trwającej od dwóch lat wojnie. Uruchomione procesy dają przebłysk nadziei, że coś się zmieni w podejściu zachodniej opinii publicznej, a więc także podążających za jej nastrojami zachodnich polityków. Słaba to nadzieja – ale jest.
Trudno się oprzeć analogii do postaci Clausa von Stauffenberga, pułkownika Wehrmachtu, uczestnika spisku przeciw Hitlerowi. Zarówno on, jak i Nawalny, byli bez wątpienia patriotami swoich narodów. Obaj mieli odwagę rzucić wyzwanie reżimowi, który w ich przekonaniu straszliwie szkodził długofalowym interesom tego narodu. I obaj zapłacili za bunt najwyższą cenę. Częściowo dlatego, że źle oszacowali szanse, a poniekąd dlatego, że zawiodły ich zbyt optymistyczne rachuby co do części elit rządzących. Tak, Stauffenberg został wystawiony do wiatru przez kunktatorskich generałów, bo nawet po nieudanym zamachu bombowym pucz mógł się powieść. A Nawalny? Trudno wierzyć, że po leczeniu w Niemczech wrócił do Rosji, nie mając cichych gwarancji od kilku członków establishmentu, że jego pobyt w więzieniu nie będzie długotrwały. Miał wady jako polityk, ale naiwny z pewnością nie był, i nie był typem romantycznego straceńca.
Obaj – i Stauffenberg, i Nawalny – sprzeciwili się zbrodniczym reżimom, ale bardziej kwestionując ich metody niż cele. Stauffenberg chciał wielkich Niemiec kosztem m.in. narodów Europy Środkowej. Za takie Niemcy walczył, dopóki nie zorientował się, że dalsza walka pod wodzą Hitlera jest dla Niemiec katastrofalna, więc warto go usunąć, by dogadać się z zachodnimi mocarstwami i ratować przynajmniej część zdobyczy. Nawalny podobnie – oprócz krytyki korupcji, złodziejstwa i niekompetencji reżimu stosował długo podobną do Putina imperialną i wielkoruską retorykę, dopóki nie zorientował się, że rządząca klika z jej pomocą pcha Rosję na równię pochyłą. A wtedy złagodził ton, żeby znaleźć uznanie w oczach Zachodu. Byłoby jak znalazł na wypadek, gdyby Putina spotkało jakieś nieszczęście, a grono generałów i naftowych magnatów potrzebowało kandydata na lidera, zdolnego normalizować relacje ze światem. I uratować, co się da, z dotychczasowych zdobyczy bandyckiego imperium.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.