W thrillerze wszystko jest większe
To skomplikowana, ale przejrzysta konstrukcja. Nie ma drugiego gatunku popkultury, w którym tak bardzo liczyłaby się czysta, bohaterska, wręcz archetypiczna narracja o pojedynku dobra ze złem
Thriller to zagadkowy gatunek kultury popularnej – pełen rozmaitych skrajności. O ile literacki kryminał dostał w ostatnich dekadach zaproszenie na salony, o tyle thriller nadal pozostaje wzgardliwą „sensacją”, którą się pisze „dla pieniędzy”. Ale te pieniądze bywają duże – rynek aż jęczy z zachwytu, kiedy dostanie dobrze wymyślony thriller, czytelnicy kupują i konsumują (szacuje się, że ok. 70 proc. książkowych bestsellerów na terytorium literatury pięknej to thrillery), krytycy kręcą nosem, miotają oskarżeniami o koniunkturalizm, ale też czytają, a potem z ironicznym uśmiechem mówią, że to taka „guilty pleasure” (wstydliwa przyjemność, jak wtedy, powiedzmy, gdy dorosły facet bawi się kolejką swojego syna).
Kolejny paradoks uwydatnia różnicę między literaturą a kinem: to, co w literaturze jest „guilty pleasure”, w kinie bywa sztuką – filmowe thrillery kroczą niejednokrotnie w glorii arcydzieł i zbierają prestiżowe nagrody. Po zastanowieniu: to w sumie nie dziwi, bo thriller jest lojalnym dzieckiem epoki filmu. To między innymi dlatego powieściowe thrillery daje się tak elegancko przełożyć na język obrazu (kwestię ewentualnego budżetu na produkcję na razie przemilczę).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.