Film, w którym główną rolę gra wasza kość ogonowa
O glądaliście w środę wieczorem debatę prezydencką? Ja nie. I wcale nie dlatego, że nie interesuję się polityką albo wiem, na kogo oddać głos. Po prostu w tym samym czasie na innym kanale leciała francuska komedia „Czyja to kochanka?”. A ja mam ogromną słabość do francuskich komedii. Bo mają sporo wspólnego z francuskimi samochodami – są po prostu śmieszne. We francuskich komediach, zupełnie jak we francuskich autach, często dochodzi do wielu zabawnych pomyłek, a pracownicy fabryk wypijają podczas przerw na lunch jeszcze więcej wina niż aktorzy na planie.
Generalnie wydaje mi się, że kinematografia ma wiele wspólnego z tym, jakie dany kraj produkuje samochody. Weźmy na przykład takie filmy niemieckie. W nich akcja zazwyczaj jest tak nudna, a aktorzy tak sflaczali, że człowiek zaczyna ziewać już w drugiej minucie. Ale jeżeli dobrze traficie, to akcja będzie tak wartka, a niemieccy aktorzy tak sztywni, że w drugiej minucie będzie już po filmie. I tak jest też z autami zza Odry – możecie mieć Golfa lub Focusa, które budzą nie więcej emocji niż dłubanie w nosie, ale możecie też mieć Porsche 911 GT3 RS albo Mercedesa GT R, które znajdują się w dziale „Nur für Erwachsene”, w zakładce „Hardcore”.
Filmy amerykańskie? Pełno w nich efektów specjalnych, fajerwerków, wybuchów i przepychu, ale tak naprawdę w dużej części to po prostu szmira. Nie mają większej wartości poznawczej. Są tanią rozrywką. I identycznie jest z dużą częścią tamtejszych wozów – podobają się nam, bo mają silniki V8, są imponujące i groźnie brzmią. Dlaczego zatem ich nie kupujemy? Bo zdajemy sobie sprawę, że już następnego ranka na naszym podjeździe będzie stała jedynie kupa bezwartościowego złomu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.