Dzięki jabłkom zarobię na porsche
P onoć redakcja Magazynu DGP otrzymuje od was e-maile, w których pytacie, gdzie się podziały moje cotygodniowe felietony. Dziękuję, bardzo mi miło. Ale musicie zdać sobie sprawę, że postawiliście mnie w dość niekomfortowej sytuacji. Otóż przez te e-maile szefostwo poprosiło, abym się „określił”, czy będę pisał regularnie. Bo jak nie, to dziękujemy, przykro nam, adieu i good bye. I żeby utrudnić mi decyzję, podesłali mi te wasze e-maile. To trochę tak, jakby żona kazała wam się „określić”, ile razy w miesiącu zamierzacie ją usatysfakcjonować, bo jak nie, to tam są drzwi. I „na zachętę” pokazałaby spisaną przed ślubem intercyzę. Chyba wszyscy wiemy, jaką decyzję byśmy podjęli, prawda?
Łukasz Bąk
Zatem witajcie ponownie. Wróciłem. Raz w miesiącu, w każdy pierwszy piątek przeczytacie w tym miejscu o sprzęcie AGD, ekologii, wstydliwych chorobach, pielęgnacji tuj szmaragdowych, a na końcu postaram się skreślić parę słów o samochodach, jakimi jeździłem. Przykro mi bardzo, ale nie mogę pisać o nich co tydzień, ponieważ mnóstwo czasu zajmują mi obecnie bardziej przyziemne zajęcia. Tylko dzisiaj musiałem wyczesać psa i dać mu jeść, następnie wyczyścić akwarium, odłożyć do skrzynki szklane butelki po wodzie, a te po winie wyrzucić do pojemnika na szkło. A jest dopiero godzina dziesiąta rano. Przede mną jeszcze zadanie pozbierania jabłek, które przez całą noc pospadały z naszych dwóch jabłonek. Są tak pyszne, soczyste, kruche i słodkie, że od razu zanoszę je do kompostownika. Tak, wiem że na szarlotkę albo kompot by się nadawały. Ale nie byłbym w stanie piec ośmiu szarlotek dziennie albo robić 150 litrów kompotu tygodniowo. Poza tym spod jabłoni do kompostownika mam bliżej niż do kuchni. Zatem oszczędzam w ten sposób czas, który jest mi niezbędny do tego, by posprzątać auto mojej żony, skosić trawnik, wyczesać drugiego psa, posprzątać w kuwecie kota czy wymienić w holu żarówkę, która przepaliła się w marcu. Przysięgam, że nie mam pojęcia, kto zajmował się tym wszystkim, gdy ja i żona normalnie chodziliśmy do pracy. Skrzaty?
Utrzymanie domu wymaga naprawdę mnóstwo zaangażowania i energii, z czego wcześniej kompletnie nie zdawałem sobie sprawy. A jeszcze gorzej przedstawiają się sprawy z dziećmi. Po miesiącach zamkniętych szkół i przedszkoli poznałem wszystkie problemy, jakim te małe wrażliwe istoty muszą stawiać czoła każdego dnia. Rana na kolanie wielkości ziarnka maku oznacza, że zostajecie odciągnięci od komputera na co najmniej pół dnia. Zaczyna się od dmuchania i przytulania, a gdy wszystko zdaje się wracać do normy, okazuje się, że niezbędny jest cholerny plasterek. Ze Spidermanem. Nie, z Batmanem nie może być. Z Minionkiem tym bardziej. Musi być ze Spidermanem. W związku z tym najpierw przez godzinę demolujecie kuchnię i łazienkę w poszukiwaniu plasterka o supermocach, bo „przecież gdzieś tutaj ostatnio go widziałem”. To jednak nic nie daje. Wsiadacie zatem w swój batmobil i jedziecie do apteki. Wracacie, ale okazuje się, że już wszystko jest w porządku i nie trzeba przyklejać, bo nic nie widać i w sumie to nawet nie wiadomo, które to kolanko było. W związku z tym możecie zabierać się do sprzątania zdemolowanej kuchni i łazienki.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.