Graeber znowu trafia
J ak to zwykle bywa z książkami Davida Graebera, polska premiera „Pracy bez sensu” przeszła bez większego echa. Ale – paradoksalnie – może to świadczyć o istotności tematu, który został w niej poruszony.
Nie jest to oczywiście wina ani autora, ani wydawnictwa. Z Graeberem tak to już po prostu jest. Ten amerykański antropolog związany z London School of Economics ma od lat niemały zestaw psychofanów (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) – także nad Wisłą. Czytają najświeższe pozycje w oryginale, gdy się tylko ukażą, po czym szybko swoimi kanałami puszczają wieść o „nowym Greberze” dalej. A jeśli dodać do tego fakt, że autor zazwyczaj, zanim puści rzecz drukiem, pisze krótsze wprawki, to mamy wrażenie: „Zaraz, zaraz, to nie wyszło już bardzo dawno temu?”.
Dokładnie tak jest i tym razem. Graeberowskie pojęcie „bullshit jobs” żyje już swoim własnym życiem od dłuższej chwili. Od końca ubiegłego roku można już wywód o „gównopracy” przeczytać i prześledzić po polsku.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.