Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Prawdziwy góral nie uprawia sportu

Prawdziwy góral nie uprawia sportu
4 lutego 2021
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

W szerokim spektrum wad, jakie niesie ze sobą lockdown, dostrzegam jedną, całkiem sporą zaletę. Otóż przez minione dwa, trzy miesiące dorobiliśmy się tylu zawodników w przeróżnych dyscyplinach sportowych, że na lipcową olimpiadę w Tokio PKOl będzie musiał wyczarterować od Qatar Airways wszystkie airbusy A380. To efekt zamknięcia kortów tenisowych, pływalni, boisk i sal gimnastycznych przed zwykłymi obywatelami. Pozwolono trenować zawodowcom, w efekcie dzisiaj (prawie) każdy jest zawodowcem. Wiem to z własnego podwórka.

Wyobraźcie sobie, że mój pięcioletni syn i żona zostali profesjonalnymi tenisistami. Musiałem tylko wypełnić za nich jakieś papiery, wpisać na jakąś listę klubową, zapłacić 120 zł za licencję i napisać oświadczenie, że odróżniają piłkę tenisową od piłki do metalu. Co prawda próbując w nią trafić, wyglądają, jakby odganiali się od much, ale w świetle przepisów są zawodowymi graczami i mogą sobie na legalu pykać z Rafaelem Nadalem. Swoją drogą ultrainteresujące wydaje mi się to, że przebywanie we dwoje na korcie o powierzchni 200 mkw. niesie ze sobą znacząco wyższe ryzyko zakażenia COVID-19 niż robienie zakupów w podobnych rozmiarów Biedronce. Chciałbym poznać człowieka, który doszedł do wniosku, że łatwiej złapać dziada od osoby, która stoi 20 m od nas na boisku, niż od babci, której oddech czujemy na plecach, gdy przepycha się po włoszczyznę.

Zawodowym sportowcem jest również mój starszy syn. Został piłkarzem i trenuje dwa razy w tygodniu. Rzecz jasna całkowicie legalnie, ponieważ zarejestrowałem go na stronie PZPN i zapisałem do lokalnego klubu sportowego. Trwało to wszystko dosłownie 3 min i kosztowało mnie 100 zł. Przyznacie sami, że to niewygórowana stawka za możliwość pozbycia się dziecka dwa razy w tygodniu na dwie godziny. Z kolei najstarsza córka trenuje do brązowej odznaki skoki konne. Nie wiem, jak to się profesjonalnie nazywa, bo lubię wyłącznie konie mechaniczne. Te prawdziwe to jakiś koszmar. Przez 95 proc. czasu trzeba je karmić, czesać, siodłać, podkuwać, leczyć i wozić ich łajno na taczkach. Sama jazda zajmuje 5 proc. czasu. Wygląda to dokładnie tak, jak w przypadku alfy romeo. Zatem nie, dziękuję!

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.