Wybory prezydenckie 2025. Dwie Polski, dwie opozycje. Łatwo nie będzie
Donald Tusk umiarkowanie pomógł Rafałowi Trzaskowskiemu nieprzemyślanym występem w Polsacie w ostatnim przedwyborczym tygodniu. Ktoś wpatrzony w polskie sprawy może być zdziwiony, że anteną wybraną przez premiera był właśnie Polsat. Nie TVP, zwyczajowo zwana telewizją publiczną, nie TVN, latarnia morska peowskiego elektoratu...
Dlaczego przed drugą turą wyborów prezydenckich Tusk wybrał Polsat?
Padło na Polsat z oczywistego powodu – stacja miała w czasach rządów PiS opinię co nieco pisowskiej. Oznaczało to sporą dawkę obiektywizmu oraz spokoju w sposobie prezentowania Polski w programach informacyjnych. Wśród dużej części elektoratu PO ten, jak mawiano wzgardliwie, symetryzm (błe), stanowił odmianę kolaboracji z okupującym kraj PiS. Wśród pisowców specjalnej sympatii do kolaboranta nie było, bo lud chciał walki z TVN24, a nie jakiegoś mdłego informowania. Co tu informować i symetryzować (błe), jak tu trzeba nap...ć. Utarło się w latach wojny polsko-polskiej, że (ówczesne) TVP Info to prawicowy śmieć, a TVN-24 to liberalno-lewicowy śmieć, a Polsat to Polsat.
Zatem Anno Domini 2025 premier Tusk wybrał się szerzyć narrację o przestępczym PiS i takimż Nawrockim właśnie do stacji nie z własnego podwórka. Jednak, aby jego narracja (a być może po prostu pomówienia) zaimplementowana została skutecznie, aby przemieliła ona nastroje elektoratu spoza kręgu sympatyków KO, przydałby się jej polityk o dużym autorytecie.
Tyle że polaryzacja, którą wykonujemy pod batutą Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, skutecznie uniemożliwia realizację takiego scenariusza. Prawda jest nasza, kłamstwo wasze. Sędziowie nasi albo wasi – zarówno ci w sądach, jak i ci metaforyczni, wskazujący standardy w różnych dziedzinach. Polityk, o ile nie bierze udziału w bulgocie (ze szczególną energią – w mediach społecznościowych), o ile nie jest gorączkowo nasz albo wasz, jest uznany za mdłego. I żadnej szansy, by wystąpić jako naprawdę ważny punkt odniesienia dla różnych graczy. Taką Polskę ponownie wybraliśmy – i to nie podczas drugiej, ale podczas pierwszej tury wyborów, obdarzając 60 proc. poparciem kandydatów dwóch największych partii, dla których kręcenie młynkiem nienawiści Polaków do Polaków stanowi pomysł na siebie.
A gdyby wybory prezydenckie wygrał ktoś spoza POPiS-u?
Jak wyglądałaby Polska, gdyby w drugiej turze rywalizował (z kim?) Sławomir Mentzen, Szymon Hołownia czy Adrian Zandberg? Jak zmienić by się musiała KO, gdyby prezydentem nie został stary, niedobry pan z PiS, lecz wymagający większej giętkości politycznej i intelektualnej ktoś spoza POPiS-u?
Nie dowiemy się, bo większość chce Polski, o której mówi, że jej nie chce. Czyli Polski wiecznego Grunwaldu (podkradam tytuł powieści Twardocha; przepraszam), w którym Krzyżakami zawsze są ci drudzy. Nawet jeżeli naprawdę jej nie chce, to raz wprzęgnięty w system grunwaldzki wyborca ma kłopot, jak się z niego wyplątać, by nie umocnić PiS albo PO pod wodzą Ulricha von Jungingena Trump-Putina de Komuch.
Są takie magiczne, chciałoby się rzec, chwile. Po hejcie na pełną energii i uroku 7-letnią córkę prezydenta-elekta wiele osób energicznie popierających obóz liberalno-demokratyczny biło na alarm, że tak nie wolno. Czyniły tak w słusznym założeniu, że właśnie nie wszystko ulec powinno polaryzacji. Na przykład oczywistą zasadą jest, że nie atakujemy w internecie dzieci (poza siecią też) i bronimy je przed prawami wiecznego Grunwaldu. Podobnie jak SOR, harcerstwo czy sport – tę listę fajnie byłoby znacząco wydłużyć. Wprowadzić na nią nawet media publiczne i historię w szkole...
Byłoby miło w bieżącej polityce to i owo poprzesuwać do kategorii „porozumienie”. Mało realne. Kaczyński już rzucił w przestrzeń publiczną pomysł rządu technicznego. Jego realizacja oznaczałaby w praktyce dymisję gabinetu, którego politycy wygrali wybory raptem 19 miesięcy temu. A premier już w dzień po wyborach zapowiedział twardą walkę z prezydentem-elektem. Trudno, żeby zrobił inaczej po tym, w jaki sposób mówił o nim w Polsacie.
Fundamentalne dla koalicji ustawy musi podpisać Nawrocki, jednak Tusk zamknął wszystkie drzwi. Jego rząd przechodzi do opozycji – wobec Nawrockiego i głosujących na niego Polaków. Prezydent będzie zaś rycerzem opozycji parlamentarnej. Dwie Polski, dwie opozycje – no, łatwo nie będzie. ©Ⓟ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu