A jeśli na strefie euro tracą wszyscy...
Mamy w Europie od lat taką dziwną sytuację, że na pytanie „komu służy wspólna waluta euro?” można usłyszeć coraz częściej, że „na pewno... nie nam”. Paradoks zaś polega na tym, że uważają tak niemal wszyscy. I to jednocześnie. Niemożliwe? Świeżutka praca amerykańskiego ekonomisty Harry’ego Aytuga dowodzi, że tak się właśnie w Europie dzieje. To znaczy, że na euro tracą... wszyscy.
Euro jest i zawsze było projektem politycznym. To niby oczywiste dla każdego, kto skończył osiem lat i klockami Lego bawi się już tylko z własnymi dziećmi. Polityczni architekci wspólnego europejskiego pieniądza zadbali jednak o to, by ich dzieło miało ładną ekonomiczną podkładkę. Za taką robi do dziś cały wielki stos literatury ekonomicznej na temat euro z lat 80., 90. i przełomu wieków. Robert Mundell, Robert Barro czy David Gordon to kilka nazwisk sławnych ekonomistów, na których pracach opiera się przekonanie o tym, że można stworzyć optymalny obszar wspólnego pieniądza i że długoterminowe efekty integracji walutowej dla krajów tworzących taki obszar będą – w najgorszym przypadku – neutralne. A w najlepszym – może nawet – pomogą integrującym się gospodarkom.
Euro hamuje gospodarkę
Sęk w tym – powiada Aytug – że teoretyczne założenia nie znajdują odbicia w rzeczywistości. Tak przynajmniej wynika z przedstawionej przez niego analizy porównawczej obejmującej kraje, które się od ponad dwóch dekad integrują w ramach euro. I podobnych do nich gospodarek OECD, które do takiego eksperymentu na żywym organizmie nie przystąpiły.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.