Witold Sokała: to nie będzie koniec wojny
Dobra wiadomość: lada moment może się okazać, że zmuszenie Rosji do przerwania działań wojskowych przeciwko Ukrainie oraz do zawarcia pokoju jest w zasięgu ręki. Zła: to i tak nie wystarczy, by nasza część świata stała się bezpiecznym miejscem. Niezależnie od tego, jakie efekty - i kiedy - przyniosą negocjacje pokojowe.
Dwanaście lat po zbójeckiej napaści na Krym i Donbas, niemal cztery lata po jawnej i pełnoskalowej agresji na resztę Ukrainy Rosja znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Owszem, dzięki imponującej mobilizacji wszelkich posiadanych rezerw oraz szczęśliwym splotom okoliczności zewnętrznych – w kilku przypadkach dyskretnie wspomaganych przez rosyjskie służby specjalne – Kremlowi wciąż udaje się unikać spektakularnego krachu, ale podskórne procesy dzieją się nieubłaganie. I sprawiają, że rozstrzygnięcie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego może być bliższe, niż się w tej chwili wydaje. Upiorny „dzień świstaka”, czyli powtarzanie w kółko tego samego scenariusza obejmującego negocjacje, obietnice, nowe warunki i eskalacje zbrojne, może się niespodziewanie zakończyć. Jeśli nie za tydzień, to za miesiąc albo za pół roku. To zaś oznacza, że potrzebujemy pilnej refleksji nie tylko o tym, co zrobić, by armaty zamilkły, ale także o tym, co dalej. Szczególnie jeśli chcemy, by pokój miał charakter trwały.
Rosja na równia pochyłej
Plan Putina i spółki zakładał faktyczne unicestwienie Ukrainy i danie nauczki innym potencjalnym buntownikom na obszarze dawnego ZSRR. Tymczasem pod presją agresora Ukraińcy skonsolidowali swą państwowość i zbudowali silny fundament wspólnej, narodowej tożsamości ponad starymi podziałami – na bazie antyrosyjskich emocji i prozachodnich aspiracji. Front tymczasem utknął, widoki na poważny przełom operacyjny, a nawet na jakiś rzeczywiście istotny sukces taktyczny Rosjan są, zdaniem większości specjalistów, minimalne. NATO, zamiast zostać odrzucone, przesunęło się bliżej rosyjskich granic i – mimo olbrzymich wewnętrznych napięć – wciąż jest efektywną platformą koordynacji dla zachodniej wspólnoty strategicznej. Europa raczej trwale znalazła sobie alternatywę dla surowców energetycznych z Rosji, co oznacza dla Kremla gigantyczne straty finansowe i polityczne. W dodatku (późno i powoli, czasem niezbyt udolnie, ale jednak na serio) liczne państwa Starego Kontynentu wzięły się do rozbudowy swych zdolności militarnych. Inne kluczowe rejony bezpośredniego sąsiedztwa, czyli Zakaukazie i azjatycki interior, także wymykają się Moskwie z rąk, bowiem uwikłanie niemal wszystkich sił w Ukrainie uniemożliwiło aktywne wsparcie tamtejszych sojuszników, skłaniając ich do awaryjnego szukania nowych partnerów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.