Dlaczego Ministerstwo Zdrowia nie działa? Były wiceminister ujawnia przyczyny kryzysu
Przed sobą mamy dwie ścieżki: albo zwiększamy finansowanie ochrony zdrowia i dzięki temu wydajność systemu, albo zostajemy na tym poziomie, co jest, i idziemy w kierunku komercjalizacji i prywatyzacji. Jestem przeciwnikiem tego drugiego kierunku, bo choć systemy prywatne czasami działają efektywnie, to z czasem się sypią - mówi Wojciech Konieczny, senator Nowej Lewicy.
Czy Ministerstwo Zdrowia to przeklęty resort? Każdy inny ma mniejsze lub większe sukcesy, a w tym od pożaru do pożaru.
Choć czasem może to tak wyglądać, to klątwy chyba nikt nie rzucił. Ale fakt, że jest to bardzo trudny resort – z różnych powodów. Myślę, że podstawowym problemem jest niewiara polityków w to, że w tym ministerstwie można doprowadzić do sytuacji przełomowej, realnie uporządkować ten obszar polityki i społeczeństwa oraz dać mu nowe życie.
W teorii każdy zaczyna z taką wiarą.
W praktyce różnie z tym bywa. Wielu ministrów zdrowia ma na dzień dobry postawione cele, a z góry wiadomo, że środki, którymi dysponują, nie pozwolą na osiągnięcie choćby połowy z nich. Wtedy zaczyna się szukanie wyjść prowizorycznych, ryzykownych. Ryzykownych i politycznie, i dla kondycji ochrony zdrowia. Jeśli gdzieś szukać klątwy w resorcie zdrowia, to może w tym, że kolejnym ekipom wydaje się, iż akurat w nim nie muszą obowiązywać prawidła ekonomiczne. Że można naciągnąć zasady matematyki i bez odpowiednich narzędzi zrealizować to, co chcemy. W żadnym innym ministerstwie ta klątwa tak nie działa.
Każdy minister prędzej czy później odbija się od ściany niezależnie od tego, czy jest liberałem, lekarzem, technokratą, czy też politykiem. Pracował pan przez prawie dwa lata jako wiceminister. Na czym polega problem? Chodzi tylko o permanentny brak pieniędzy?
Nie chodzi tylko o pieniądze, choć są one bardzo istotne. Jeśli nie przyjmujemy do wiadomości, że w Czechach wydaje się na ochronę zdrowia 150 proc. tego co w Polsce, twierdzimy, że tak nie jest, że to fanaberie, to o czym my rozmawiamy? Gdybyśmy chociaż nakreślili plan, jak w perspektywie dwóch, czterech, może sześciu lat dochodzimy do tego pułapu, to jakoś bym zrozumiał. Ale nikt nawet nie chce udawać. Efekt? Dzisiejsza układanka będzie działać tylko wtedy, gdy ludzie będą coraz więcej dorzucać do systemu z własnych kieszeni, po cichu komercjalizując i prywatyzując ochronę zdrowia.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.