Komiksowy Bóg Ojciec
Wywiady z Alanem Moore’em pozwalają spojrzeć od kuchni na działalność brytyjskiego twórcy, który pisarstwo traktuje jak alchemię
Za każdym razem, gdy mam napisać artykuł o Alanie Moorze, czuję onieśmielenie, jakbym zabierała się za deskrypcję niemal boskiej istoty. Może to ta jego broda, która nadaje mu wygląd groźnego Boga Ojca rodem ze Starego Testamentu, a może świadomość, że dla medium komiksowego jest to jedna z najważniejszych postaci, człowiek, który odmienił oblicze gatunku na zawsze.
Will Eisner stworzył podwaliny tego, co dziś nazywamy powieścią graficzną, łamiąc konwencje obrazkowych historii i naginając je do tematów bliższych rzeczywistości niż superbohaterowie w kostiumach. Natomiast Alan Moore sprawił, że komiksy nabrały literackiej finezji i głębi. Po "V jak Vendetta", "Z piekła rodem", "Strażnikach" i "Lidze Niezwykłych Dżentelmenów" nie sposób już twierdzić - nie obnażając przy tym swojej ignorancji - że graficzne opowiastki służą jedynie niewyrafinowanej rozrywce i nie skrywają pięter aluzji, ukrytych znaczeń czy odniesień. Każdą z wymienionych książek Moore’a można, tak jak najwybitniejsze dzieła beletrystyki, poddawać niekończącym się analizom. Choć brytyjski twórca z upodobaniem czerpie z popularnych gatunków, w swoich błyskotliwych reinterpretacjach nadaje im zupełnie nową jakość. Zaś lekkość, z jaką porusza się po literackim gąszczu, wynajdując w nim nowe tropy, musi budzić i szacunek, i onieśmielenie.
Jako pisarz bywa porównywany z twórcami tej miary co William Burroughs, Thomas Pynchon czy Iain Sinclair. Niewątpliwie jest jednak literackim zjawiskiem na wskroś oryginalnym i niepodobnym do niczego innego. Wizjoner, filozof, myśliciel. Człowiek o niepokojącej wyobraźni i umiejętności konstruowania wielowątkowych, skomplikowanych fabuł. Pisarz zdolny do podjęcia literackiej gry z każdym przeciwnikiem, poczynając od samego Williama Szekspira, którego zdarzało mu się podrabiać na potrzeby komiksów. Co ciekawe, jeśli chodzi o formalne wykształcenie, Moore zdołał ukończyć jedynie podstawówkę, a w swoim pełnym meandrów życiu zajmował się m.in. tak niechlubnym procederem jak handel narkotykami. No dobrze - tylko trawką, za co go zresztą bezpowrotnie relegowano ze szkoły średniej. Mówiąc krótko: jak na dilera lista jego dokonań jest doprawdy imponująca.
"Wywiady" stanowią zapis dwóch długich rozmów z Moore’em przeprowadzonych przez amerykańskiego dziennikarza Billa Bakera w latach 2002 i 2005. To rzadka okazja, by dokonać tak obszernego wglądu w twórczość i osobiste poglądy oryginała z angielskiego Northampton. Moore otwarcie opowiada o konflikcie z wielkim amerykańskim wydawnictwem DC, wyjaśnia niechętny stosunek do filmowych adaptacji komiksów (patrząc na okrutnie spłaszczające głębię oryginałów ekranowe wersje "Strażników" czy "V jak Vendetta", nie sposób mu się dziwić), odkrywa literacką alchemię, dzięki której potrafi mieszać wątki z dzieł Lovecrafta z humoreskami Wodehouse’a. Uchyla również rąbka tajemnicy dotyczącej najbardziej kontrowersyjnego obszaru swojej działalności, czyli magii, którą się posługuje jako neopogański okultysta. W passusach zrównujących czarnoksięstwo z uprawianiem pisarstwa zbliża się niepokojąco do przywołanego już obrazu Boga Ojca słowem stwarzającego świat. Mocne, ale niepozbawione uzasadnienia. Filozoficzne uwagi o naturze czasu czy historyczne wycieczki po rodzinnych stronach pisarza również stanowią źródło czytelniczej satysfakcji, dostarczając nowego materiału do rozmyślań.
Książka ma też niestety słabości. Po pierwsze same wywiady grzeszą powierzchownością i zbyt nabożnym stosunkiem do rozmówcy. Nie spodziewałam się tu serii inkwizytorskich pytań, ale wstanie z klęczek i próba dopytania o rzeczy, nad którymi Moore ewidentnie się prześlizguje, byłyby całkiem na miejscu. Cóż, widocznie nie tylko mnie onieśmiela ten obwieszony srebrną biżuterią brodacz o przenikliwym spojrzeniu. Pozostałe grzechy dotyczą tłumaczenia i redakcji - chęć bycia hiperpoprawnym i akuratnym doprowadziła edytorów do wprowadzenia tak humorystycznych przypisów jak ten informujący, że Moore mówi w pewnym momencie o angielskim alfabecie, który liczy mniej liter niż polski. Przy okazji nie zadbano jednak o odpowiednie spolszczenie tekstu - w uszach trzeszczą anglojęzyczne struktury zdań i językowe kalki. Liczne powtórzenia w wypowiedziach Moore’a też dałoby się usunąć - mimo wszystko nie jest to słowo objawione i powinno podlegać pewnym koniecznym korektom.
Na szczęście "Wywiady" spełniają swoją podstawową funkcję - są bramą do twórczości znakomitego pisarza. Ci, którzy znają jego komiksy, będą je teraz może lepiej rozumieć. A niezaznajomieni z twórczością Moore’a zechcą - mam nadzieję - sięgnąć po którąś z jego książek. To już wystarczające powody, by z czystym sumieniem polecić lekturę.
@RY1@i02/2010/255/i02.2010.255.196.0035.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/255/i02.2010.255.196.0035.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/255/i02.2010.255.196.0035.003.jpg@RY2@
Plansza z komiksu "Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecie. 1910", scenariusz: Alan Moore, rysunki: Kevin O’Neill
Katarzyna Nowakowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu