Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

U nas piłkarz nie ma prawa myśleć, że czegoś mu brakuje do rozwoju

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Tomasz Wałdoch raczej nie oddałby swojego nastoletniego syna pod opiekę polskiemu trenerowi w Polsce. Wychodzi z założenia, że to za duże ryzyko. Idealny asystent dla Franciszka Smudy.

Selekcjoner reprezentacji Polski wiele lat pracował w Niemczech. Jest zapatrzony w tamtejszych szkoleniowców, ich pracę, organizację, zarządzanie klubami - we wszystko to, czym różni się ich piłka od naszej. Wałdoch ma podobne poglądy. I za nic w świecie ich nie zmieni. - Mnóstwo boisk, urozmaicone treningi prowadzone przez zawodowych szkoleniowców i asystentów, rozbudowana sieć skautingu, wszelkiego rodzaju specjaliści, pomoc dla juniorów, sprzęt wymieniany co roku. A wszystko dokładnie zaplanowane. Wrosłem w ten system - uśmiecha się Wałdoch. - Nie wiem, jak to wygląda w Polsce. Wkrótce się dowiem, ale tym, którzy będą debatować nad polską piłką, poradziłbym, aby skorzystali z niemieckiego wzoru.

Wałdoch wciąż się uczy. Ambicje ma spore, ale brakuje mu jeszcze kilku licencji trenerskich. Podobno kwestia czasu. - Jeżdżę na wykłady, na szczęście nie mam daleko do szkoły w Kolonii. Jest ciężko. Człowiek prawie całe życie ruszał nogami, a teraz dla odmiany musi ruszać głową. Nie wszystko rozumiem, ale daję radę - śmieje się. - Muszę też zaliczać praktyki. Część z nich załatwiam sobie na miejscu, bo podpatruje Feliksa Magatha.

Polak od kilku lat szkoli juniorów w Schalke Gelsenkirchen, klubie, w którym zakończył piłkarską karierę. Czym Schalke różni się od innych dużych niemieckich klubów? Praktycznie niczym. Ale już między nim a na przykład Wisłą Kraków jest przepaść. - U nas piłkarz, nawet ten nastoletni, nie ma prawa myśleć o tym, że czegoś mu brakuje. Bo klub daje mu niemal wszystko, czego zawodnik potrzebuje do rozwoju. Oferujemy dojazdy na trening. Pod dom juniora podjeżdża bus i zawozi go do klubu. Wieczorem robi rundę w drugą stronę. Współpracujemy z miejscowymi szkołami, internatem. Mamy kilka boisk treningowych, sztucznych i trawiastych. Wszystko mu zapewniamy - zapewnia Wałdoch.

Polscy trenerzy narzekają, że młodzi piłkarze nie traktują poważnie swoich obowiązków - działają w myśl zasady, którą selekcjoner młodzieżowej reprezentacji Andrzej Zamilski streścił tak: "godzina treningu, shower, żel na głowę, fajrant i zabawa". Młodzi Niemcy też lubią się pobawić, oczywiście. Tylko jakoś tak się składa, że więcej trenują. - Młodzi w Niemczech mają te same problemy co w Polsce. Też lubią się bawić, pograć na PlayStation. Trenerzy nie mają na to wpływu. Piłkarzy nikt za to nie karze, dajemy im wolną wolę. Niemcy wychodzą z założenia, że narzucony odgórnie reżim niewiele daje - mówi Wałdoch. - Tutaj młodzi sami muszą być świetnie zorganizowani. Do popołudnia mają lekcje, potem przyjeżdża po nich bus, mają półtorej godziny treningu i odwozimy ich z powrotem. I tak w poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek, a w niedzielę mecz. Czasami również w środę i sobotę jest jakiś trening albo sparing. Wszystko jak w zegarku. To wymaga od juniorów organizacji i samodyscypliny.

Przez jakiś czas w Schalke pracował psycholog. Władze klubu doszły jednak do wniosku, że im bardziej profesjonalni piłkarze, tym mniej potrzeba pomocy specjalistów. - Był u nas przez jakiś czas człowiek od przygotowania mentalnego. Współpracował z trenerami, czasami z całym zespołem. Ale już go nie ma. Uznano, że jest niepotrzebny - mówi Wałdoch. - Mamy za to wielu innych specjalistów. Na przykład człowieka od treningu lekkoatletycznego, który ćwiczy z piłkarzami koordynację, szybkość, technikę biegania.

Nie we wszystkim Niemcy są lepsi od nas. W wielu kwestiach jest tak samo źle. Zamilski narzekał, że jak w Polsce junior stara się wybijać ponad rówieśników, to szkoleniowiec zaraz go ściąga na dół. A juniorów szkoli się jak lekkoatletów, a nie jak piłkarzy. W Niemczech w wielu przypadkach jest podobnie. - To zależy od trenera. Ja staram się zachować proporcję. Jest i trening atletyczny, i oczywiście zajęcia z piłkami. A potem jeszcze siłownia. Staram się koncentrować na treningu indywidualnym, ale presja wyniku jest rzeczywiście duża - twierdzi Wałdoch. - Prezes nie przyszedł do mnie i nie powiedział: słuchaj, macie zająć miejsce w czołówce, bo jak nie, to do widzenia. Nie ma mowy. I tak powinno być. Większą presję wywierają rodzice, którzy marzą o wielkich pieniądzach dla swoich dzieci. Swoje robią również sami piłkarze. Ja jak byłem juniorem, nawet nie wiedziałem, w jakim miejscu tabeli byliśmy. Tutaj każdy zawodnik się tym przejmuje. Są wywiady z junioromi, trenerami. To potęguje chęć osiągnięcia wyniku. Z drugiej strony ta spirala, zainteresowanie drużyną powodują, że piłkarze chcą się samodoskonalić.

Wałdoch uważa, że Polakom brakuje tych dobrych chęci, silnej woli. A tylko czymś takim można nadrobić braki w infrastrukturze, warunkach, przygotowaniach trenerów, niemal we wszystkim. - Jak ja byłem w wieku tych juniorów z Schalke, to tego wszystkiego nie miałem. Rodzice się cieszyli, że w ogóle mam jakieś zajęcie. Pakowałem sprzęt i jechałem sobie na trening. Miałem sporo przeszkód, ale musiałem je przezwyciężyć - uważa Wałdoch. - To mnie czegoś nauczyło i dzięki temu jakąś karierę zrobiłem - bez busów, świetnych boisk. Teraz juniorzy mają wszystko pod nosem, ale nie wiadomo, czy właśnie to decyduje o sukcesie. Jeśli nie, to Polacy wciąż mają szansę.

@RY1@i02/2009/231/i02.2009.231.000.019a.001.jpg@RY2@

Tomasz Wałdoch, asystent selekcjonera reprezentacji

Marek Biczyk/Newspix.pl

Daniel Rupiński

daniel.rupinski@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.