Sowiecka awangarda, która wyprzedziła muzykę Zachodu
Petersburski Teatr Maryjski publikuje w ekskluzywnym wydaniu operę "Nos". Nagranie odkrywa na nowo zakazane w czasach Stalina arcydzieło Dymitra Szostakowicza.
Ukończony w 1929 roku "Nos" spadł z afisza po szesnastu spektaklach pod naciskiem podległych Stalinowi mediów piętnujących wybitnego kompozytora za zdegenerowany formalizm. Socrealistyczna cenzura estetyczna okazała się tak skuteczna, że aż do 1974 roku słuch o awangardowej operze zaginął. I prawdopodobnie na dobre popadłaby w zapomnienie, gdyby nie starania Giennadija Rożdiestwienskiego. Legenda radzieckiej dyrygentury odkryła ostatnią kopię partytury w archiwach Teatru Maryjskiego i osobiście zadbała o jej powtórne wykonanie oraz nagranie. Ale na kolejną rejestrację "Nosa" czekać trzeba było 35 lat, choć tymczasem niemal wszystkie pozostałe kompozycje Szostakowicza - nie wyłączając muzyki użytkowej oraz utworów flirtujących z socrealistycznym dogmatem - zostały wyeksploatowane przez przemysł fonograficzny.
Problem "Nosa" polega na tym, że nijak nie wpisuje się on w romantyczny, patetyczny i bogobojny stereotyp Słowiańszczyzny, pielęgnowany przez dekadencki światek filharmoniczny od Wołgi aż po Missisipi. Miast wyciskających łzy kantylen i przyjaznych harmonii słyszymy tu błądzące atonalnie i gwałtownie urywane melodie oraz bruitystyczne, zapowiadające już sonoryzm lat 60. efekty ilustracyjne. "Chaos zamiast muzyki"? Bynajmniej: Szostakowicz nie byłby sobą, gdyby nie wkomponował tych wszystkich ekstrawagancji w ramy doskonale skonstruowanych klasycznych form oraz wytrawnej dramaturgii. Zarazem jednak, podążając za surrealistyczną poetyką oryginalnego opowiadania Gogola, uprzedził on wiele odkryć ówczesnej awangardy niemieckiej (ekspresjonistycznej) i amerykańskiej (bardziej ludycznej).
"Nos" nie był przy tym samotną wyspą na spokojnym morzu poprawnej radzieckiej muzyki lat 20. W tym samym czasie Aleksander Mosołow skomponował przecież słynną proto-industrialną "Odlewnię stali", a Leon Theremin opatentował pierwszy w historii instrument elektroniczny. Niewielu też pamięta, że najstarsze utwory "na taśmę" nie powstały w Niemczech, we Francji czy w Ameryce lat 50., lecz dwie dekady wcześniej w Moskwie. O eksperymentach prowadzonych wówczas w oparciu o najnowszą technologię filmową przypomniał podczas zeszłotygodniowego warszawskiego festiwalu "Ad Libitum" rosyjski kompozytor i badacz Andriej Smirnow. Pytanie, czy takie odosobnione próby leczenia postsowieckiej amnezji nie są walką z wiatrakami. Czy my sami - po obu stronach Bugu - nie wolimy karmić się odwiecznym kompleksem Zachodu, zatracać się w ciągłym doganianiu Europy albo ucieczce przed nią? Chyba z tego samego powodu wolimy reklamować naszą kulturę muzyką Wojciecha Kilara niż na wskroś europejskim dorobkiem Witolda Lutosławskiego. W tym kontekście trudno się spodziewać, by nowe nagranie "Nosa" mogło przynieść arcydziełu Szostakowicza zasłużoną popularność.
@RY1@i02/2009/212/i02.2009.212.000.018b.001.jpg@RY2@
"Shostakovich: The Nose", Mariinksy
The Orchestra of the Mariinsky Theatre, Valery Gergiev, etc.
Michał Mendyk
krytyk muzyczny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu