Przejrzeć Umberta (Eco)
"Szaleństwo katalogowania", nowa książka Eco, która ukazuje się w Polsce, potwierdza jego wyjątkową pozycję w kulturze popularnej. I tłumaczy, czemu włoski semiotyk jest przeciwieństwem Dana Browna
Na szczycie popularności utrzymuje się już blisko 30 lat - zarówno w gronie naukowym, jak i wśród miłośników inteligentnej literatury popularnej. Umberto Eco, 77-letni dziś semiotyk, filozof i pisarz, mówi biegle pięcioma językami, czyta po grecku i łacinie. Na co dzień porusza się między kilkoma różnymi światami: uniwersytetem w Bolonii, prywatną kolekcją 30 tysięcy zabytkowych tomów a wernisażami i przyjęciami w Paryżu czy Nowym Jorku, gdzie zapraszają go jako celebrytę z najwyższej półki. Prestiżowy miesięcznik Prospect niezmiennie bardzo wysoko umieszcza go na liście najbardziej wpływowych intelektualistów świata.
Jak jednocześnie wykładać jeden z najtrudniejszych przedmiotów we współczesnej filozofii i zostać ikoną kultury popularnej? Umberto Eco dokonał tego dzięki jednej tylko książce. Jako uznany we Włoszech naukowiec, szerszej publiczności znany jedynie z felietonów w magazynie L’Espresso, opublikował w 1980 (polskie wydanie 1987) pierwszą powieść - "Imię róży". Wydawnictwo Bompiani do dziś umieszcza powieść wśród bestsellerów na swojej stronie internetowej. I nic dziwnego. W 1980 roku szacowano, że rozgrywający się w średniowiecznym klasztorze thriller ma szansę się sprzedać w 30 tysiącach egzemplarzy. W niedługim czasie po publikacji trzeba było dodrukować ich aż cztery miliony! Ekranizacja mogła już tylko przypieczętować sławę uczonego z Bolonii.
Dlaczego "Imię róży" przysporzyło Eco aż takiej sławy, pozostaje jednak przedmiotem sporów. Akcja rozpoczyna się dopiero po 100 stronach, które stanowią erudycyjne wprowadzenie do książki. Nawet i wtedy jednak fabuła nie staje się komiksowa. Bohaterowie nie stronią od przekraczających nierzadko objętość całego rozdziału teologicznych dysput, narracja jest pełna odwołań do najróżniejszych dzieł, a tajemnica krwawych zbrodni tkwi w... książce. Dziele, które jest raczej marzeniem filozofów niż obiektem pragnień masowych, "Komedii" Arystotelesa.
Erudycyjna treść bez wątpienia wspomagała - jakkolwiek dziwnie by to brzmiało - rynkowy sukces książek włoskiego profesora. Nie inaczej było z kolejnymi powieściami Eco, spośród których być może bardziej nawet zawiłe niż "Imię róży" było "Wahadło Foucaulta" (co nie przeszkodziło książce zostać okrzykniętą "dziełem lat 90.", wzbudzając przy tym żywiołowe sprzeciwy Watykanu). Podobnie było z kolejnymi powieściami: "Wyspą dnia poprzedniego", "Baudolino" i autobiograficznym "Tajemniczym płomieniem królowej Loany".
Wielokrotnie pytany o źródła ciężkiego stylu Eco tłumaczył je bez ogródek: "Chodziło o zadanie czytelnikowi trudu". "Chciałem zdenerwować czytelnika". "Nie ma żadnej przyjemności w uwodzeniu kobiety, która od razu mówi »tak«. Z książką jest tak samo". "Pytania o to, dlaczego moje książki odnoszą taki sukces, po prostu mnie obrażają. Czy piękną kobietę, która ma powodzenie, pyta się, dlaczego mężczyźni się nią interesują?". Tak, dzięki Eco odkrywano prawdę niesłychaną: czytelnicy lubią wyzwania.
Eco przypomniał też o uczuciu dziś nieco wstydliwym: o miłości do słowa drukowanego. Darzy bowiem książki uczuciem tak szczególnym, że nawet jego żona skarży się ponoć, że mąż czyta również podczas rodzinnych posiłków. Co ważniejsze, to książki stały się najważniejszym bohaterem jego własnych książek. Jak tłumaczy jeden z bohaterów "Imienia róży", książki same mogą opowiadać o książkach i o nich ze sobą dyskutować. W XX stuleciu te stare prawdy twórczo podtrzymywał przy życiu choćby Borges, ważne jednak, że ktoś kontynuuje z powodzeniem te wysiłki.
Komentatorzy i dziennikarze zajmujący się Eco zazwyczaj popełniają brzemienny w skutki błąd w rozumowaniu. Jego książki nie odnoszą masowego sukcesu, pomimo iż są trudne, ale właśnie dlatego, że takie są. Eco nie jest sławnym pisarzem, mimo że jest jednocześnie wykładowcą semiotyki i żyje między skrajnie różnymi światami, ale właśnie dlatego. Uprawianie nauki przynosi mu intelektualną świeżość, jest zdolny do napisania raz na jakiś czas powieści potrafiącej porwać miliony. Zresztą, jak sam mawia, "jeden światowy bestseller raz na 10 lat w zupełności wystarczy".
Z tej przyczyny kolejne książki Eco - zarówno powieści, jak i zbiory lekkich esejów, których przykładem jest "Szaleństwo katalogowania" - są ciekawsze i oryginalniejsze niż nawet najzręczniejsze pozycje innego, tym razem zawodowego twórcy książek o kulturowych kodach - Dana Browna. Eco, odkładając pisarstwo popularne, za każdym razem ma dokąd wrócić, a przez to i z czego czerpać. Wystarczy przypomnieć jego koncepcje innowacyjnych badań naukowych, takie jak projekt "Antropologia Zachodu", przeprowadzany z perspektywy naukowców chińskich i afrykańskich. A także wiele książek, bez których trudno sobie wyobrazić współczesne badania czy to nad kulturą średniowiecza ("Sztuka i piękno w średniowieczu"), czy antropologią codzienności ("Superman w kulturze masowej", "Zapiski na pudełku od zapałek"). Bank pomysłów Eco kryzys na pewno omija.
Obu autorów dzieli właściwie wszystko. Eco podkreśla, że twórczość Browna jest dokładnie tym, pod czym sam nigdy nie chciałby się podpisać. I to nie ze względu na powtarzalność pomysłów, ale z powodu ograniczania bogactwa kulturowych znaczeń. "Brownowi udało się już sformować legion naśladowców owładniętych obsesją udowadniania, że Jezus nie został ukrzyżowany, ożenił się z Marią Magdaleną i został królem Francji. Wielu odwiedza Luwr po to, by popatrzeć na "Monę Lizę" tylko dlatego, że Brown uczynił z niej centrum swojej książki" - pisał niedawno włoski badacz. Nie można jednak wykluczyć, że właśnie dzięki autorowi "Kodu Leonarda da Vinci" po książki Eco sięgną kolejni czytelnicy.
Eco w atrakcyjnej formie uosabia kult wiedzy. Dzięki niemu wciąż próbujemy uporządkować nasz świat. "Szaleństwo katalogowania" to kolejna cegiełka wznoszonej przez niego od lat budowli. Nad Wisłą jednak pamiętamy słowa Leszka Kołakowskiego, który dał się poznać przede wszystkim jako głosiciel ciągłej potrzeby sceptycyzmu wobec pewności wiedzy. Czytelnik Eco pozostaje nierzadko z podobnego sceptycyzmu potrzebą.
@RY1@i02/2009/211/i02.2009.211.000.016a.001.jpg@RY2@
Umberto Eco, gdyby mógł, nie wychodziłby ze swojej pracowni i biblioteki
Le Figaro - Fotolink
Karolina Wigura
karolina.wigura@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu