Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Dzięki muzyce cały czas przeżywam drugą młodość

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Występowałem w Warszawie w połowie lat 80., na 27. edycji Jazz Jamboree razem z Polish Jazz All-Stars. Dobrze pamiętam tamte czasy, cudowni ludzie, świetny klimat i doskonała muzyka. Muzycy z Polski przyjechali najpierw do Addis Abeby, a potem my tutaj. Owocem tej współpracy były właśnie te koncerty oraz płyta "Plays Ethio-Jazz", na której zagrali m.in. Krzysztof Ścierański i Janusz Szprot. Strasznie byłem z niej dumny, bo ukazała się w serii "Polish Jazz", którą zawsze sobie ceniłem.

Generalnie chodzi o to, żeby w melodiach połączyć skalę pięciotonową, charakterystyczną dla naszej kultury muzycznej, z europejską 12-tonową. A do tego dochodzą jeszcze gęste rytmy, które często kojarzy się z latynoskimi, ale tak naprawdę wywodzą się właśnie od nas z Afryki. Pomysł na stworzenie takiego stylu narodził się we mnie na początku lat 60., kiedy wróciłem do kraju po wielu latach spędzonych w Europie i Stanach.

Wręcz przeciwnie, miałem zostać inżynierem lotnictwa na Harvardzie. U nas w ogóle nie było jeszcze wtedy dostępu do płyt, instrumentów i edukacji muzycznej. Zostałem wysłany na stypendium do Londynu, gdzie chodziłem na koncerty Ronniego Scotta, Tubby’ego Hayesa czy orkiestry Edmundo Rosa. Tak rozpoczęła się moja przygoda z jazzem i zdecydowałem się na wyjazd do Ameryki. Wstąpiłem do Berklee College of Music w Bostonie, gdzie poznawałem całą zachodnią klasykę, a potem wieczorami grywałem w klubach. Aż wreszcie dotarłem do Nowego Jorku, gdzie założyłem mój pierwszy Ethiopian Quintet.

Nie tyle poznałem, co po prostu zagadałem go po jednym z koncertów. Dla mnie, jako młodego saksofonisty, był oczywiście mistrzem. Choć akurat nasza rozmowa skupiła się bardziej na Afryce, John i jego żona Alice byli zainteresowani tym, jak nam się żyje, jak wygląda kultura. Kilka lat później przyjechał do Etiopii i mieliśmy nagrywać wspólnie album. Niestety nic z tego nie wyszło.

To był najwspanialszy moment w moim życiu. Ellington został wybrany na ambasadora jazzu i w 1971 roku przyjechał na zaproszenie władz naszego kraju. Towarzyszyłem mu podczas wręczenia orderu przez cesarza Haile Selassie, a potem z jego big-bandem miałem zaszczyt zagrać kilka moich utworów w hotelu Hilton.

Tak, siła Hollywood jest rzeczywiście ogromna, ale czekałem na ten moment jakieś czterdzieści pięć lat (śmiech). Oczywiście już wcześniej zaczęły się ukazywać w Europie płyty z serii "Ethiopiques", a ja przez cały czas jeździłem z koncertami, ale teraz jest zupełnie inaczej. Współpracuję ze świetnymi muzykami, pracuję nad nowym albumem "Mulatu Steps Ahead" - czuję się, jakbym przeżywał kolejną młodość.

@RY1@i02/2009/210/i02.2009.210.000.017b.001.jpg@RY2@

Mulatu Astatke

Sonic Records

legenda afrykańskiego jazzu, wybitny saksofonista i kompozytor. 28 października wystąpi w warszawskim klubie Palladium

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.