Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Z własnej woli stałem się zakładnikiem jednego pomysłu

1 lipca 2018

Wybitny malarz Roman Opałka opowiada o pieniądzach, sztuce, emigr acji i o tym, dlaczego namalował portret Feliksa Dzierżyńskiego

ROZMOWA

JACEK TOMCZUK:

ROMAN OPAŁKA*:

To, co robię, ludziom kojarzy się z szaleństwem. Myślę nawet, że gdyby moje prace nie były tak drogie, to uznawano by mnie za wariata. Ale skoro mój obraz tyle kosztuje - muszę być artystą, i to dobrym.

Tak, kupił go kolekcjoner z Monachium, i to parę lat temu. Sprzedana jest też cała sceneria, w jakiej maluję: sztalugi, światła, cała dekoracja, sprzęt, na który nagrywam wypowiadane cyfry podczas kładzenia farby. I to za furę pieniędzy. Tyle że dzisiaj sprzedałbym dużo drożej. Tak to bywa.

Za te ostatnie dostaję 350 tysięcy euro, marszand dorzuca jeszcze 100 - 150 tysięcy. Gdybym był Amerykaninem, toby chodziły po parę milionów. Ostatnio zacząłem kupować swoje wcześniejsze prace i okazało się, że są warte dużo więcej niż namalowane niedawno. Za obraz z początku lat 70. musiałem dać dwa nowe. Ale nie zawsze tak było. Swój pierwszy obraz, którym zacząłem zapisywać na płótnie szeregi kolejnych liczb, sprzedałem Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Łodzi za 50 dolarów. Dzisiaj jest wart fortunę. Nie mam nawet tyle pieniędzy, żeby go odkupić. Na aukcjach pojawiają się też stare prace, które ludzie kupowali w latach 60. i 70., kiedy dopiero zaczynałem. Niektórzy w ten sposób chcieli wspomóc nieznanego artystę z Polski. Płótna stawiali gdzieś za szafą. Dziś je wyjmują i okazuje się, że za szafą mają majątek. Ale chociaż te obrazy są w fatalnym stanie technicznym, mam do nich sentyment.

Dużo mniej niż kiedyś. Zwykle godzinę-dwie, po śniadaniu. Brakuje sił i czasu. Wie pan, to ciężka robota, a ja mam już prawie 80 lat. Kiedyś potrafiłem pracować 16 godzin dziennie, co dawało 10 obrazów rocznie, ale wtedy byłem młody i czułem, że jest ogromne oczekiwanie na moją sztukę. Dziś ono też oczywiście jest, choć mniejsze. W ostatnich latach maluję półtora obrazu rocznie - jak dobrze się trzymam i niewiele podróżuję. Żyję dość godnie, ale bez luksusów, mam nawet długi, bo kupiłem dom pod Paryżem. Dość już miałem siedzenia na południu Francji. Pracownię urządziłem w starym magazynie.

Po studiach robiłem ilustracje, plakaty, malowałem, ale trzeba było z czegoś żyć. Od 1957 roku przez trzy lata pracowałem w Domu Wojska Polskiego na etacie jako kierownik pracowni artystycznej i miałem do dyspozycji 20 plastyków. Odpowiadałem za wystrój świetlic w jednostkach, oprawę pochodów, propagandowych imprez... Na którąś z rocznic rewolucji październikowej przygotowałem wielką zdeformowaną gwiazdę w formie sputnika. Przypominała raczej rzeźbę Tatlina niż produkt agitacyjny i miała być wykorzystana jako scenografia do uroczystego koncertu. W Warszawie miał wystąpić między innymi zespół wojskowy z Rumunii, a ja wtedy nie znosiłem takiej śpiewogry ludowej z przytupami. Tak byłem przywiązany do swej pracy, że na próbie na wszelki wypadek zabroniłem Rumunom dotykać scenografii podczas występów. A oni tylko wzruszyli ramionami. Nie wiedzieli, o co mi chodzi, bo w ogóle jej nie zauważyli.

Nie znosiłem postawy: czy się siedzi, czy się leży, dwa tysiące się należy. Nie odstawiałem tandety, dzięki mnie wówczas żadna armia nie miała tak nowoczesnej oprawy plastycznej jak nasza. Dowódcy nie mieli ze mną lekko. Proponowałem oprawę oszczędną, prostą, bez zbędnych symboli, niczym za czasów Rodczenki i Malewicza. Nieraz słyszałem od Wojciecha Jaruzelskiego, wtedy chyba szefa Sztabu Generalnego, albo innego generała: "Panie Romanie, może dodamy choć jakąś szturmówkę?".

Nie. Oczywiście przy oddawaniu dekoracji widziałem nieraz, że lokalnemu dowódcy zupełnie nie podoba się moja propozycja i w okolicy czeka już ciężarówka z oprawą przygotowaną przez pobliski dom kultury: flagi, kwiaty... Dowódca był przekonany, że jak marszałek Marian Spychalski, minister obrony narodowej, który miał wizytować jednostkę, zobaczy to, co zrobiłem, każe to zdjąć. A oni szybko będą mieli coś własnego. Ale że mój przyjaciel wżenił się w rodzinę Spychalskiego, plecy miałem mocne. Kiedyś nawet zabrał mnie z wojskową wierchuszką na wycieczkę samolotem wzdłuż granic Polski.

Jego akurat nie. Kiedyś dostałem telefon, że Spychalski jedzie do Moskwy i trzeba namalować jakąś postać, która ma związek z kulturą radziecką i polską. I tak powstał portret Dzierżyńskiego. Innym razem jakiś dygnitarz wojskowy wybierał się na Węgry, otrzymałem więc zamówienie na wielki portret Józefa Bema, który miał być darem od armii polskiej dla węgierskiej. Zrobiłem go bez większych trudności, bo dyplom broniłem z portretu. Te prace gdzieś pewnie leżą do dziś. Żyło się też z różnych konkursów.

Po Marcu, kiedy małpoludy dostały się do władzy, podałem się do dymisji, przymrozek mnie przerażał. Ale też stawałem się coraz bardziej znany: plakaty filmowe, nagrody... Nie musiałem już zarabiać chałturami. Chociaż praca dla wojska miała też inne plusy. Kiedyś wróciłem z Paryża i zapomniałem oddać w ciągu trzech dni paszportu. Natychmiast mnie wezwano i za karę zagrożono wcieleniem do armii. Ja im na to: proszę bardzo, ale w wojsku to ja już pracuję.

Franz Kafka też pracował zawodowo w jakimś banku, a wieczorami pisał.

Z czegoś trzeba było żyć. Miałem już wtedy chałupę na Mazurach i potrzebny mi był jeszcze samochód terenowy, by tam dojechać. No to wziąłem udział w konkursie na medal upamiętniający rocznicę bitwy pod Lenino.

To, kim jestem, zawdzięczam Halinie Piekarczyk, mojej narzeczonej, choć wtedy mówiło się "pani". Mieliśmy obsesję bycia artystami, nie liczyło się nic innego. Żeby się nie rozpraszać, zrezygnowaliśmy z zakładania rodziny, ewentualnych dzieci. Jak by tego było mało, Halina w pewnym momencie zrezygnowała ze swych ambicji artystycznych i poświęciła się, żebym to ja mógł się rozwijać. Wszystko robiła, żeby ułatwić mi życie. Mówiła: "Otwarte światło dla Opałki".

Nie, ona tak postanowiła, na mnie zrzuciła obowiązek tworzenia, sukcesu. Gotowała, choć wychodziło jej to fatalnie.

Wolałem jadać w stołówce Związku Literatów przy Krakowskim Przedmieściu. Żeby nie mieć dzieci, które będą przeszkadzać, parę razy zdecydowała się na krok, który do dziś jest chyba zabroniony. Szybko taka postawa stała się dość ciążąca - ja nie byłem wcale taki pewien, czy to nie ona powinna się rozwijać.

A co stanie się, jeżeli mi się nie uda? Ale skoro Halina tak się poświęciła, musiałem zrobić wszystko, żeby iść do przodu. W latach 60. moją obsesją była próba uchwycenia upływającego czasu, malowałem więc obrazy przedstawiające ziarnka piasku. Tylko że one nie oddawały dynamiki czasu, który ma swój początek i koniec. Jakby tego było mało, wtedy wokół Ziemi w swojej rakiecie krążył Gagarin, zastanawiałem się, czy on żyje tam w czasie linearnym czy termodynamicznym, w ogóle dużo myślałem o przemijaniu. W 1965 roku czekałem w kawiarni Bristolu na Halinę. Spóźniała się, więc zacząłem na serwetce pisać kolejne liczby i wtedy zrozumiałem, że jak wymienię ziarnka piasku na cyfry, to osiągnę efekt, na którym mi zależy. Poczułem ulgę, że nie zawiodę Haliny.

W sklepie plastycznym nabyłem większą liczbę najcieńszych pędzelków, nie zawsze były dostępne, wolałem mieć zapas i zacząłem malować: 1, 2, 3, 4, 5, 6.... Po paru linijkach odstawiałem obraz pod ścianę i robiłem przerwę. Wiedziałem, że kiedy go skończę, nie będę miał wyboru, zacznę następny, a później kolejny. Że wejdę na drogę, z której nie mam odwrotu. Walczyłem z decyzją poświęcenia życia temu projektowi, zastanawiałem się, czy warto. Przecież byłem dosyć znanym już artystą, potrafiłem tworzyć w różnych technikach, dostawałem za to nagrody. I miałem się tego wyrzec, żeby przez resztę życia malować kolejne liczby? Pierwszy obraz powstawał 7 miesięcy, wahałem się, czy przyjąć na siebie to szaleństwo. Pierwszy milion malowałem 7 lat.

Proponowano mi wariackie papiery. Nikomu nie przyszło do głowy, że taka postawa ma sens. Nawet najbardziej awangardowa wówczas Galeria Foksal uznała mnie za głupiego Jasia. Na jakimś wernisażu spotkali mnie bracia Janiccy, słynni bliźniacy z teatru Tadeusza Kantora, i zapytali tak, żeby zabrzmiało to jak najbardziej dowcipnie: "A pan w tej wyliczance, to przy której jest już liczbie?". Odpowiedziałem: "Ciągle się męczę nad jedynką". Chyba jedyną postacią, która mnie rozumiała, był Kantor. Może dlatego, że zobaczył te obrazy w Paryżu, poza polskim kontekstem.

Po pierwszej wystawie w Niemczech, w Essen, pojawiły się propozycje następnych i zaczęło się: Berlin, Paryż, Nowy Jork... Po powrotach do Warszawy czułem się coraz gorzej, również dlatego, że moje obrazy na Zachodzie sprzedawały się już za 6 - 7 tysięcy dolarów. Okazało się, że w Polsce jestem człowiekiem zamożnym, wręcz bogatym. Powstawały sytuacje nieprzyzwoite, czułem się nieuczciwie, bo wracałem do kraju, gdzie ludzie zarabiali kilkanaście dolarów miesięcznie.

Poszła fama, że jestem nadziany. Idę do SPATiF-u, chcę spotkać się jak zwykle ze znajomymi - wtedy najbardziej przyjaźniłem się z Markiem Nowakowskim - wszyscy piją wódkę, nikt groszem nie śmierdzi, a tu podchodzi Edward Krasiński i ostentacyjnie prosi: "Ty stary, daj stówę, przecież masz". Byłem postrzegany jako ktoś, kto zrobił karierę i pieniądze, ale niezasłużenie. Trochę taki cwaniak artystyczny.

No tak, nawet i więcej. Stać mnie było.

Oczywiście były plusy, mogłem w Peweksie kupić prawdziwe francuskie czerwone wino - zresztą okropne - czy dobrą wódkę. Ale dalej mieszkałem na tych 36 metrach kwadratowych przy dzisiejszej al. Jana Pawła II, dawniej Marchlewskiego. Owszem oglądałem mieszkanie przy pl. Narutowicza - 200 metrów, taras, podziemny garaż, myślałem, że sprowadzę rodziców z Jeleniej Góry, siostrę. Ale czułem, że gdy kupię większe mieszkanie, to już nie wyjadę z Polski.

Coraz bardziej męczyło mnie czekanie, a to na wizę, a to na paszport. Do tego jeszcze próby werbowania, zachęcania do donoszenia. Powoli zaczynałem żyć na koniu, coraz dłuższe pobyty w Berlinie, w Stanach, we Francji. Powoli aklimatyzowałem się na Zachodzie, ale w Warszawie ciągle miałem Halinę, no i dom na Mazurach. To mnie trzymało.

Halina zawsze miała problemy z sercem. Będąc we Francji, dostałem telefon z Warszawy, że znaleziono ją martwą, leżała parę dni w wannie. To był rok 1972, straciłem ostatni argument, by wracać do Polski. Decyzja o zamieszkaniu na Zachodzie dojrzewała jeszcze parę lat. Na przełomie 1976 i 1977 roku przyjechałem ostatecznie się spakować, zabrać wcześniejsze obrazy. Nie wiem dlaczego, ale dostałem zgodę na wywiezienie tylko 42 prac. Wiedziałem już wtedy, że z moją pozycją na Zachodzie każda sygnowana przeze mnie kartka z czasem będzie warta tutaj fortunę, a w Polsce zacznie się wielki handel moimi pracami, i to bez mojej wiedzy. Wybrałem więc te 42 płótna, a resztę zniszczyłem.

Kopałem, skakałem na nie, dziurawiłem. Początkowo zamierzałem dać wszystkie mojemu przyjacielowi, by zagruntował je ponownie i malował na nich swoje rzeczy. Ale wolałem nie ryzykować, oddałem mu same drewniane ramy.

Oczywiście, że żal, ale miałem z tego jakąś diaboliczną przyjemność. Szkoda, że nie miałem kamery, powstałby niezły spektakl. Żeby mnie nie kusiło do powrotu, to oddałem też pracownię, zresztą artyście o nazwisku Henryk Opałka.

To była końcówka mitu Paryża jako artystycznej stolicy świata, zaraz miała ona przenieść się do Nowego Jorku. Panowała nieustanna pogoń za galeriami, marszandami, modami. Zrozumiałem wtedy, że mój projekt nie mógłby się narodzić na Zachodzie. My w Warszawie mieliśmy więcej bezinteresowności. W Paryżu było za dużo optymizmu, możliwości, by zdecydować się na robienie ciągle tego samego.

Ja zresztą urodziłem się we Francji, moi rodzice wyjechali tam w połowie lat 30. za chlebem. Ojciec początkowo pracował jako pomocnik u chłopów, potem jako górnik. Wojnę spędziliśmy na przymusowych robotach w Niemczech. Właściwie to nie wiem, dlaczego po 1945 roku zdecydował się na powrót do Polski. Nie wierzył w komunizm, chyba po prostu był patriotą. Pamiętam, że bał się, jak nas przyjmą.

Dla mnie malowanie przypomina s pacer, tyle że u mnie trwa on już 40 lat. Jeśli ktoś maluje obraz klasyczny, jest to rodzaj nieustannej szermierki, zadyszki. A u mnie to spacer. Kiedy pracuję, to przecież nie myślę o liczbach, które kładę na obraz, raczej zadaję sobie różne pytania. Czasami porównuję się do Kanta, on też przecież przez lata chodził po Królewcu tą samą trasą, o tej samej godzinie i myślał.

Tak, stałem się zakładnikiem jednego pomysłu, nie mogę już robić innych rzeczy. Ale ludzie nie wiedzą, że ja już przestałem wierzyć w inne malarstwo. Z mojej perspektywy po Kazimierzu Malewiczu w sztuce nie wydarzyło się nic wielkiego. Nie mam ochoty zrobić czegoś innego, już nie jestem tak naiwny, żeby teraz myśleć o zmianie, nowych projektach. Dla mnie to nie miałoby sensu. Po skończeniu obrazu odnoszę go z asystentem ze sztalug, przynosimy nowe zagruntowane już płótno, jaśniejsze o 1 procent od poprzedniego, i muszę od razu namalować choć kilka cyfr. Boję się zostawić je tylko zagruntowane, a nuż umrę, wtedy nie byłoby ani jednej liczby na obrazie. Mam przygotowanych już 10 kolejnych płócien, każde coraz bielsze od poprzedniego. Kiedyś to one będą najdroższe - białe liczby na białym tle będą widoczne jedynie dla mnie w momencie ich pisania. Po wyschnięciu będzie tylko różnica między większym i mniejszym matem. Odwiedził mnie niedawno mój przyjaciel malarz i zażartował: "To ty jesteś takim optymistą, że jeszcze masz zamiar tyle namalować?".

Tak, przed snem zakładam białą koszulę i idę do studia, żeby mieć zawsze to samo światło. Na użytek tego projektu kupiłem już kilkadziesiąt koszul, ale wszystkie lotnicze, mają taki funkcjonalny, roboczy charakter, są mniej eleganckie. Ale nie fotografuję się codziennie. Zdjęcie robię tylko wtedy, kiedy dobrze wyglądam, nie mogę mieć żadnej świeżej krosty, uczulenia. Trzeba dbać o formę. Te zdjęcia pomagają mi też utrzymać wagę. Jak by to wyglądało, gdybym zamienił się w okrągłego grubaska?

Pyta pan, czy czuję się artystą spełnionym? Takich nie ma. Gdybym to przyznał, byłbym idiotą. Ale to spełnienie jest, bo wierzę, że swoją twórczością znaczę tyle co wszyscy inni malarze XX wieku.

Proszę mi wierzyć, nie zwariowałem. Choć zdaję sobie sprawę, że moje wyznanie brzmi dość pretensjonalnie.

@RY1@i02/2009/203/i02.2009.203.186.0010.001.jpg@RY2@

Opałka tworzy coraz jaśniejsze obrazy

Z archiwum "Maleman". fot. Andrzej Koziara

@RY1@i02/2009/203/i02.2009.203.186.0010.002.jpg@RY2@

Roman Opałka: swoją twórczością znaczę tyle, co wszyscy inni malarze XX wieku

Z archiwum "Maleman". fot. Andrzej Koziara

rocznik 1931, malarz, rysownik, plakacista. Mieszka pod Paryżem. Wystawa jego prac zostanie otwarta w warszawskiej galerii Art New Media 21 października, a spotkanie z artystą odbędzie się 23 października o godzinie 19

Zdjęcia publikujemy dzięki uprzejmości

@RY1@i02/2009/203/i02.2009.203.186.0010.003.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.