Herta Mueller: moja twórczość nie jest atakiem na historię
Laureatka tegorocznej literackiej Nagrody Nobla opowiada o problemach z tożsamością i zmaganiach z totalitaryzmem
ROZMOWA
Oczywiście, że do tych drugich. Dla mnie pisanie nie jest atakiem na historię. To raczej kwestia ułożenia się z życiem. Mam dystans do historii i tylko dlatego mogę być szczęśliwa. Urodziłam się osiem lat po wojnie, w wiosce założonej trzy wieki temu przez cesarzową Marię Teresę. Od trzystu lat niewiele się w niej zmieniło - jadło, ubierało, myślało się tak samo. Moja rodzina wywodzi się z mniejszości niemieckiej. Pamiętam etnocentryczną, patriarchalną społeczność. Skamieniałe, utrwalone zasady, strach przed asymilacją z Rumunami i fałszywe poczucie wyższości, że jesteśmy od tych brudasów lepsi. Stamtąd wyjeżdżało się tylko na wojnę i z powrotem, jeśli miało się szczęście przeżyć. Należałam do pierwszego pokolenia, które wyjechało się uczyć, byłam jedyną osobą wśród moich rówieśników, która po szkołach nie wróciła do wsi. W oddalonej 30 kilometrów Timiszoarze poczułam się jak na innej planecie, przekonałam się, że Rumuni nie są wcale brudni w przeciwieństwie do Niemców ze wsi, że czytają książki. Już pan wie, dlaczego nie mogłam opisać swego dzieciństwa jako idylli. Zresztą w moich stronach już samo pisanie było podejrzane. Matka do dzisiaj twierdzi, że skoro piszę, jest ze mną coś nie w porządku.
Ojczyzna jest wszystkim - tym, co się kocha i czego nie można znieść. Napisałam więc powieść "Niziny" o uwikłaniu mniejszości niemieckiej w narodowy socjalizm. Mój ojciec i wuj byli w SS, Wehrmachcie, całe ich pokolenie nie rozliczyło się z tego. Traktowałam to jak ostrzeżenie. Bo tak się złożyło, że ojciec poszedł na wojnę, kiedy miał 16 lat, dokładnie tyle samo, ile ja, wyjeżdżając z rodzinnego rezerwatu i stykając się z komunizmem. On potraktował wojnę jako młodzieńczą przygodę. Kiedy zetknęłam się pierwszy raz z komunistami, zastanawiałam się więc, czy wejść jak on w układ z systemem, który żyje z przestępstwa. A może stanąć z boku?
Nie. Mniejszość niemiecka, węgierska, jak cała Rumunia pod wodzą premiera Iona Antonescu, w czasie wojny była za Hitlerem. Ale Rumuni po 1945 roku sfałszowali historię, chwalili się: byliśmy po stronie zwycięskiej armii. Nikt nie dodawał, że byli po tej stronie przez ostatnie trzy dni wojny, że premier został skazany na śmierć za ludobójstwo na Żydach i Cyganach, a w kraju były getta, pogromy, obozy koncentracyjne. Rumuni woleli widzieć nazistów tylko w mniejszości niemieckiej. Jeszcze 20 lat po wojnie na weselach, jak towarzystwo popiło, śpiewało hitlerowskie piosenki. To było nie do wytrzymania.
Po "Nizinach" nie odważyłam się tam pojechać. Ludzie stamtąd, których spotykałam w mieście, pluli mi w twarz. Fryzjer oznajmił memu dziadkowi, który od dziesięcioleci był jego klientem, że od dzisiaj nie będzie go golił. Chłopi z kołchozu nie chcieli pracować z moją matką. Przyjechała do mnie, płakała i prosiła: zostaw naszą wieś w spokoju. My tam musimy żyć.
Bardzo długo byłam kimś w rodzaju groupie, znałam pisarzy, bywałam na spotkaniach, bankietach, wieczorach literackich. Po studiach pracowałam w fabryce jako tłumaczka i dopiero wtedy dostałam od Securitate propozycję. Piekło zaczęło się, kiedy ją odrzuciłam. Oficer, który mnie przesłuchiwał, kiedy był w złym nastroju, nazywał mnie śmieciem. Kiedy miał lepszy dzień - suką lub wrogiem. Oczywiście zwolniono mnie z fabryki, przez parę lat nie mogłam znaleźć pracy, dorywczo uczyłam niemieckiego dzieci partyjnych dygnitarzy. Ale zawsze szybko to się kończyło, bo zawsze zjawiał się ktoś, kto ich informował, że jestem wrogiem ludu.
Nie było to moim zamiarem. Chciałam robić tylko to, czego nie będę musiała się wstydzić. Chciałam stanąć z boku i powiedzieć o działaniach komunistów: to jest zbrodnia. Tę samą potrzebę miałam wobec biografii ojca. Musiałam to zrobić, by zadać sobie pytanie: kim jestem, skąd pochodzę, co to znaczy rodzina, miejsce urodzenia.
Pisząc to, myślałam raczej o matce, która została po wojnie zesłana na roboty do Rosji w ramach odpowiedzialności zbiorowej za winy mężczyzn służących w armii niemieckiej. Czy o dziadku, który był przed wojną posiadaczem ziemskim, znanym w Wiedniu kupcem handlującym artykułami kolonialnymi. Wywłaszczony przez komunistów zachował jedynie kufer pełen bloczków z pokwitowaniami na całe pociągi towarowe zboża lub kawy. Ale z ofiarami sprawa nie jest oczywista. Ludzie często skupiają się na skutkach, bo to wygodniejsze niż dociekanie przyczyn. Wciąż trwa dyskusja, jaki kształt ma przybrać planowane w Berlinie Centrum przeciw Wypędzeniom. Nikt przytomny nie powie, że wypędzeni nie cierpieli, ale przecież gdyby nie było nazizmu i wojny, nie byłoby tego dramatu. Nikt nie mówi, że owszem, wypędzeni siedzieli w obozach pracy, ale wcześniej w tych obozach żyli ludzie z terenów podbitych. Tak jak w mojej rodzinie - gdyby nie ojciec walczący w SS, matka nie trafiłaby na roboty.
Byłam tak wykończona nerwowo i skoncentrowana na strachu, że możliwość odebrania im siebie odczuwałam jako tryumf. Włożyłam dwa kamienie do płaszcza, były tak duże, że kieszenie się nie dopinały, i stanęłam na brzegu rzeki. Nie umiałam pływać, ale przeżyłam.
Inaczej nie potrafię. Kiedy przyjechałam tutaj, przestraszyłam się reklamy firmy przeprowadzkowej, która głosiła: "Wasze meble dostaną nóg". Znałam meble z nogami, celowo pozostawiane znaki Securitate. Przychodziłam do domu, a podczas mojej nieobecności, krzesło "przeszło" z pokoju do łazienki. To było ostrzeżenie - mamy cię na oku. Widziałam też plakat z szyją, w której widnieją dwie świeże dziury po kuli. Z jednej wypływa kropla krwi, to reklama internetu. Mnie to nie śmieszy. Na innym plakacie but na wysokim obcasie wbija się w męską rękę. Tylko ktoś, komu nie przyszło do głowy, że przemoc sprawia ból i kaleczy ludzi, może wymyślić podobną reklamę.
Nigdy. W mojej wsi leży ojciec, ale dla mnie groby nie mają wielkiego znaczenia. Zawsze, gdy staję przed grobem, nie wiem, co mam robić. Kiedyś paliłam papierosa, teraz nawet tego nie mogę zrobić, bo rzuciłam palenie. A modlić się nie potrafię.
@RY1@i02/2009/199/i02.2009.199.000.0015.101.jpg@RY2@
Herta Mueller urodziła się w Rumunii, od 22 lat mieszka w Niemczech
ZUMA FORUM
Jak Herta Mueller Polaka rozpoznała
Dlaczego akurat tutaj, między sklepami Lacoste czy Prady, chce spotkać się ta emigrantka z Rumunii, owładnięta jednym tematem: rozliczeniem z krajem dzieciństwa? Czyżby jednak spodobał się jej blichtr Zachodu, któremu również sporo wypominała? Kawiarnia okazała się piękną willą. Ani wewnątrz, ani w ogrodzie nie odnalazłem drobnej, eleganckiej postaci znanej z fotografii reprodukowanej na okładkach jej książek. Już wtedy wymieniana była jako kandydatka do Nagrody Nobla, liczyłem więc, że jest już w Niemczech literacką gwiazdą. Niestety zagadnięty kelner nawet nie słyszał jej nazwiska i nie potrafił powiedzieć, czy Herta Mueller siedzi gdzieś tutaj i pije kawę. Robiło się nerwowo. W pewnym momencie podeszła do mnie ubrana na czarno kobieta i zagadnęła, czy nie jestem z Polski. Kiedy potwierdziłem, powiedziała: "Tak myślałam, my ludzie z Europy Wschodniej od razu się poznajemy po przedmiotach, jakie ze sobą przywozimy. Ma pan taki sam plecak, jaki już widziałam u Bułgarów, Polaków czy Słowaków". Po rozmowie przyznała, że lubi tu przychodzić, bo właściciel jest jej przyjacielem, emigrantem z Rumunii.
jt
Fragment wywiadu ukazał się w tygodniku "Ozon" (7/2005)
* (rocznik 1953) jest jedną z najwybitniejszych pisarek niemieckich. Pochodzi z Banatu w Rumunii. Jej najważniejsze książki to m.in. "Sercątko" i "Niziny".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu