Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Nieudana antyutopia noblisty

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

W wydanym właśnie po polsku "Mieście białych kart" (Rebis) Jose Saramago znów przygląda się anatomii totalitaryzmu i przestrzega przed kruchością systemów demokratycznych. Niestety nie potrafi przekonać czytelnika do swoich racji

Noblistom dosyć rzadko zdarza się pisać bestsellery. Owszem, książki nagradzanych prestiżowymi nagrodami literatów zwykle szybko schodzą z księgarnianych półek. Ale nie miejmy złudzeń - bardziej niż głód wybitnej literatury nabywcami kieruje często najzwyklejsza ciekawość. Zaspokoiwszy ją, wielu czytelników, którzy ruszyli tłumnie do księgarń, wkrótce zniechęca afabularność, dziwaczny poetycki język, czasem - niejasność literackiego przekazu. Wtedy do łask znów wracają niezawodni Dan Brown i Robin Cook, a o noblistach w powszechnej świadomości szybko się zapomina.

Jose Saramago udała się rzecz rzadka. Jego "Miasto ślepców" okazało się nie tylko pozycją literacko wybitną, ale i taką, która zdołała wspiąć się na szczyty list bestsellerów. Ekranizacja książki w reżyserii Fernando Meirellesa z udziałem światowych gwiazd, m.in. Julianne Moore i Gaela Garcii Bernala, jeszcze wzmogła zainteresowanie powieścią Saramago.

Sęk w tym, że noblista nie oparł się pokusie, jakiej nader często ulegają autorzy bestsellerów - zdecydował się napisać sequel. "Miasto białych kart" jest kontynuacją głośnego "Miasta ślepców". Niestey - dużo mniej udaną.

W wydanym właśnie w polskim tłumaczeniu "Miasta białych kart" nie znajdziemy śladu Saramago, jakiego znamy z baśniowego "Baltazara i Blimundy", czy skromnych, choć zaskakujących absurdem i ironicznym humorem "Wszystkich imion". Portugalski pisarz podąża drogą, którą obrał w "Mieście ślepców". Znów przygląda się anatomii totalitaryzmów i mechanizmom społecznych zachowań. Pytanie tylko, czy Saramago czyni to z potrzeby dopowiedzenia tego, czego nie zdołał powiedzieć w "Mieście ślepców", czy może z twórczego wygodnictwa, kuszącego, by posłużyć się dobrze już sprawdzonym schematem.

Oto znów znajdujemy się w bezimiennym mieście, które cztery lata temu opanowała tajemnicza epidemia ślepoty. Cierpiący niegdyś na nieznaną chorobę obywatele wyzdrowieli, a odzyskawszy wzrok, powrócili do normalnego życia. Władze nie zadały sobie większego trudu, by wyjaśnić okoliczności rozplenienia się tajemniczej epidemii, rządzącym nie wytknięto popełnionych wówczas błędów, nie znaleziono też sprawców zbrodni. Wszystko zamieciono pod dywan, tragiczne wydarzenia zostały wyparte, nikt już nie wraca do tego, co stało się cztery lata temu, nikt słowem nie wspomina o epidemii. I niby wszystko toczyłoby się swoim codziennym rytmem, gdyby pewnego dnia nie wydarzyła się rzecz dziwna: podczas wyborów samorządowych na co dzień obowiązkowi i wierzący ideę demokracji obywatele masowo wrzucają do urn puste karty do głosowania. Mają do tego święte prawo. Cóż jednak zrobić, gdy w podobny sposób postępuje 80 procent społeczeństwa? Władza wpada w panikę. Jedynym sposobem na to, by przekonać mieszkańców miasta do korzystania z przywilejów demokracji, okazuje się... zastosowanie terroru.

Jose Saramago po raz kolejny przekonuje, jak bardzo mylimy się, sądząc, że totalitaryzm już nigdy nie zagrozi zachodniemu światu. Naiwnie byłoby sądzić, że z lękiem przed systemami totalitarnymi rozprawili się już George Orwell czy Franz Kafka, a temat można zamknąć i odłożyć na półkę. Dla Portugalczyka demokracja to kolos na glinianych nogach, który w każdej chwili może runąć z wielkim hukiem. I nie trzeba do tego żadnych wywrotowych idei ani opanowanych żądzą zawładnięcia światem dyktatorów. Wystarczy zaledwie drobne odstępstwo od normy - ot, nieprzewidziana przez nikogo epidemia lub zbiorowe szaleństwo obywateli, którzy rezygnują z prawa oddania ważnego głosu w wyborach, by reguły, jakimi rządzi się demokracja, okazały się bezużyteczne.

Problem w tym, że w "Mieście ślepców" portugalski pisarz był znacznie bardziej przekonujący. Tam zdołał wykreować pełnokrwistych bohaterów, a śledząc ich losy punkt po punkcie, obserwowaliśmy, jak działa mechanizm powstawania społecznych patologii. "Miasto ślepców" miało niezwykłą siłę rażenia, ta powieść potrafiła wystraszyć nas nie na żarty, uświadamiając, że w naszym idealnie poukładanym świecie nigdy nie możemy spać spokojnie. "Miasto białych kart" to powieść przegadana. Saramago jest w niej bardziej publicystą niż pisarzem, a papierowe postacie zdają się być powołane tylko po to, by poprzeć tezy autora. To nie przekonuje. Być może sequel był niepotrzebny.

@RY1@i02/2009/195/i02.2009.195.000.016a.001.jpg@RY2@

Forum

Nowa powieść Jose Saramago jest kontynuacją zekranizowanego "Miasta ślepców"

@RY1@i02/2009/195/i02.2009.195.000.016a.002.jpg@RY2@

"Miasto białych kart" Jose Saramago Rebis

malwina.wapinska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.