W dziesięć dni dookoła kraju
Czy można w tak krótkim czasie poznać całą Polskę? Oczywiście nie. Można natomiast uchwycić jej klimat i wyciszyć się, zaglądając do mniej uczęszczanych i pełnych nastroju miejscowości
Moje wakacje marzeń wcale nie nazywały się wakacjami, tylko obowiązkowymi praktykami studenckimi. Programem był objazd Polski. Dziesięć dni siedzenia w autokarze, dziesięć dni zwiedzania, aktywność po 12 godzin dziennie, minimum odpoczynku i niezliczona ilość atrakcji, przygód, nowych miejsc. To, co w tym czasie zobaczyłam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że Polska jest krajem, który ma wiele do zaoferowania. Jednak tę ofertę zna tak naprawdę niewiele osób. Bo kto słyszał o nietypowej cerkwi w Hajnówce, krzywym rynku w Sandomierzu, piramidzie-grobowcu w Rapie, odnawianym pięknym Elblągu czy o Muzeum Zapałek w Częstochowie?
Dzień pierwszy: zapałki
Pierwszy postój był w Częstochowie. Obowiązkowym punktem programu był klasztor jasnogórski, jednak nie o Jasnej Górze chcę tu opowiedzieć, lecz o jedynym w Europie Muzeum Zapałek. Zobaczyć tu można kolekcję opakowań, wystawę rzeźbiarza Anatola Karonia "Rzeźby z jednej zapałki", dwa filmiki oraz - co najciekawsze - sam proces produkcji. Przewodnik wyjaśnił nam, dlaczego zapałkę dzielono kiedyś na czworo (były drogim towarem), oraz pokazał, w jaki sposób kobieta, pracująca kilkanaście lat w zakładzie zapałczanym, rozpoznaje, w którym pudełku zapałek jest za mało.
Dzień drugi: wąwóz
Zaczęłam go od wspinaczki na Łysą Górę. Z grzbietu Łysogór zeszłam na Świętym Krzyżu. Kolejnym punktem dnia był Ujazd. Ruiny Krzyżtoporu, zamku Ossolińskich, budzą podziw swoją symetrią i swoim ogromem. To fantastyczne uczucie - kluczyć między przejściami, patrzeć przez wiele okien i wchodzić na zrujnowane schody.
Potem na mojej drodze znalazł się Sandomierz, położony na siedmiu wzgórzach nad Wisłą. Nie mogę zrozumieć, czemu nie jest o nim tak głośno, jak o Kazimierzu Dolnym. Tamtejsza starówka jest nie mniej malownicza.
Jednak najbardziej podobały mi się sandomierskie wąwozy lessowe, zwłaszcza Wąwóz Świętej Jadwigi. Wypłukany przez wodę, z roślinnością stepową, z korzeniami, zwisającymi zewsząd na stromych zboczach... Czułam się tam, jak w innym świecie.
Dzień trzeci: odrapany mur
Tego dnia najwięcej czasu spędziłam w Lublinie. Nie spodziewałam się, że to miasto aż tak mnie zachwyci. Odremontowane kamieniczki, a obok sypiące się ruiny, mnóstwo tajemniczych uliczek, przejść, korytarzy. Polecam wspinaczkę po kręconych, trzeszczących schodach Wieży Trynitarskiej. Po drodze, w nastrojowym półmroku, obejrzymy ekspozycję rzeźb sakralnych.
Przyjemnie popatrzeć, jak restaurowana jest lubelska starówka... a jednak trochę szkoda tej niepowtarzalnej atmosfery podniszczonego miasta, jego zapomnianych uliczek, gdzie balkony wspierane są przez drewniane pale, odrapanych murów i nieświecących latarni.
Dzień czwarty: śpiew
Zaczęliśmy go od spaceru po Chełmie. Największą atrakcją okazały się podziemia kredowe. Ponoć istnieje tu ponad 40 kilometrów korytarzy, z których tylko dwa kilometry udostępnione są turystom. Podziemia mają też, co oczywiste, swojego ducha, Bielucha, który jest ich strażnikiem.
Kolejny postój zaplanowano w niepozornej Włodawie, która zapewne nie zapadłaby mi w pamięć, gdyby nie osoba miejscowego batiuszki, czyli prawosławnego księdza. Otworzył nam cerkiew i opowiadał. Nie tylko o świątyni, ale i o prawosławiu, a także o mieście.
Kolejnym postojem tego dnia była Święta Góra Grabarka. Leży już na Białostocczyźnie. Wokół stojącej tam drewnianej cerkiewki pielgrzymi postawili ponad 10 tysięcy prawosławnych krzyży. I ciągle ich przybywa. Miałam szczęście, że trafiłam na nabożeństwo. Świece w półmroku, zapach kadzidła i hipnotyzujący śpiew kobiet... nie można się było od tego śpiewu oderwać.
Ostatnim miejscem tego dnia była prawosławna świątynia w Hajnówce. Jest nowa i zadziwia niebywałymi kształtami, choć całość jej bryły utrzymana jest w kanonie bizantyjskiej architektury. Szkoda, że przyjechaliśmy za późno, aby móc wejść do środka.
Dzień piąty: meczet
Odwiedziliśmy Puszczę Białowieską i Białystok, ale najciekawszym postojem okazał się prawdziwy tatarski meczet w Bohonikach. Oprowadza po nim zażywna gospodyni. Do świątyni wchodzi się boso. Skąd się wzięła? Ano przez Jana III Sobieskiego, który nie miał pieniędzy, by zapłacić Tatarom zaległy żołd. Dał im więc ziemię na Podlasiu i pozwolił żenić się z polskimi szlachciankami. Ale tylko wtedy, gdy mężczyźni przyjmą ich nazwiska.
Dzień szósty: cisza
Ten dzień był pełen przyrody. Jego pierwszą atrakcją był pokamedulski klasztor nad Wigrami. Obecnie w eremach, czyli pustelniczych domkach, mieszkają artyści. Można je również wynająć. Z kościelnej wieży roztacza się piękny widok na jezioro. Wigry z lotu ptaka przypominają literę "S". Znajduje się na nich aż trzynaście wysepek. Brzegi jeziora otaczają rozległe lasy. Najbardziej zapamiętałam stąd wrażenie porażającej ciszy.
Niemniej piękny widok roztacza się z Góry Cisowej, w samym sercu Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Choć nie jest wysoka, nazywana jest suwalską Fudżi Jamą, z powodu swojego kształtu, przypominającego stożek wulkanu.
Tego dnia widziałam też jedne z najwyższych w Polsce mostów kolejowych w Stańczykach. Przypominają akwedukty, choć zbudowano je z żelbetu. Były używane zaledwie kilka lat - tory zdemontowały po zakończeniu wojny wojska radzieckie.
Ostatni postój zaplanowano w Rapie. Znajduje się tu... piramida, która jest niczym innym, jak grobowcem ufundowanym przez głowę rodziny. Ponoć niezwykłe właściwości tej budowli sprawiały, że ciała pochowanych tu osób nie podlegały zepsuciu. Do środka można zajrzeć przez zakratowane okna. Niestety, wśród trumien walają się śmieci i puszki po piwie.
Dzień siódmy: lipowa deska
Już tyle dni za mną, tyle ciekawych miejsc. A ja ciągle nie mam dość, chociaż inni narzekają, że są zmęczeni i chcą do domu. Słucham opowieści, robię zdjęcia i nadal chcę więcej.
Na początek Święta Lipka, zwana Częstochową Północy. Historia tego miejsca zaczęła się od skruszonego skazańca, któremu objawiła się Matka Boża. Dała mu kawałek drewna, w którym pokutnik wyrzeźbił jej wizerunek, by następnie - zgodnie z jej wolą - umieścić go w konarach najpiękniejszej lipy, jaką zdoła zobaczyć.
W drodze na Wybrzeże warto zobaczyć też zamek w Lidzbarku Warmińskim, gdzie można za całe 3 złote wypożyczyć stroje z epoki i biegać w nich po dziedzińcu. W Pieniężnie polecam muzeum etnograficzne księży werbistów. Drugiego takiego nie ma w całej Polsce. Wracający do kraju misjonarze zgromadzili tam stroje, maski, broń, narzędzia i instrumenty muzyczne pierwotnych plemion z całego świata.
Dzień ósmy: bursztyny
Kamienice elbląskiej starówki wcale nie są stare! To miasto jest przykładem świetnych rozwiązań architektonicznych, gdzie budynków z XXI wieku nie muszą koniecznie zdobić szkło i stal. Kamieniczki stwarzają udaną atmosferę dawnego miasta, mimo że powstały kilka lat temu.
Z Elbląga ruszyliśmy w stronę Zatoki Gdańskiej, do rezerwatu Mewia Łacha. To tutaj Wisła uchodzi do morza. Spacerujemy wzdłuż rzeki i krzewów dzikiej róży. Ścieżka prowadzi nas prosto na nieuczęszczaną plażę z molo i... mnóstwem bursztynów! Nigdy nie zebrałam ich tak wiele jak tego dnia.
Dzień dziewiąty: pierniki
Dzień zaczęliśmy od zwiedzania Malborka. W niedalekim, ale leżącym już za Wisłą Pelplinie, w bazylice katedralnej, zobaczyłam drugi co do wielkości ołtarz w Europie. W Gniewie - zamek, w którym odbywają się dziś turnieje rycerskie.
Toruń przypomina atmosferą Wrocław, choć nie jestem pewna, czy nie ma jeszcze większej liczby zakręconych uliczek. Na rynku jest kilka fontann i pomniki osiołka i psa z melonikiem oraz parasolką. Niedaleko stąd znajduje się krzywa wieża. Trzeba przyznać, że toruńskie pierniki są naprawdę rewelacyjne. Sklepiki z nimi spotkać można na każdym kroku.
Dzień dziesiąty: powrót
To już ostatni dzień naszej objazdówki. Zmęczenie daje się we znaki. Nie zobaczyliśmy zbyt wiele. Na dłużej zatrzymaliśmy się w Kruszwicy przy Mysiej Wieży. Drugim postojem była kopalnia odkrywkowa węgla, widok dość smutny i szary. Na koniec odwiedziliśmy Licheń, bazylikę pełną przepychu.
I tak dotarliśmy do końca naszej podróży dookoła Polski. Na pewno długo będę wspominać wrażenia tych dziesięciu dni.
@RY1@i02/2009/193/i02.2009.193.184.002a.001.jpg@RY2@
Barokowe organy to najcenniejszy element wyposażenia kościoła w Swiętej Lipce
Jan Morek/FORUM
@RY1@i02/2009/193/i02.2009.193.184.002a.002.jpg@RY2@
Meczet w Bohonikach
Renata i Marek Kosińscy/FORUM
@RY1@i02/2009/193/i02.2009.193.184.002a.003.jpg@RY2@
Grabarka: zakonnica czerpie wodę ze źródełka
Wojciech Pacewicz/FORUM
Katarzyna Mikoś
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu