A może by tak za Niemen?
Osoby, którym proponowałem wyprawę rowerową na Białoruś, uśmiechały się ironicznie. Byłem bliski rezygnacji. Jednak gdy wyjazd zaproponowałem doświadczonemu koledze, ten bez wahania powiedział: "Jedziemy!"
Granicę przekroczyliśmy w Kuźnicy Białostockiej. Odkąd wprowadzono wizy dla Białorusinów, ruch jest tu niewielki. Polacy po sprawdzeniu dokumentów puszczają nas bez problemów. Zatrzymuje nas uśmiechnięty, lecz stanowczy żołnierz białoruski. Mówi, że możemy przekroczyć granicę tylko wtedy, gdy umieścimy rowery w którymś z oczekujących busów. Tak też robimy. Po kilkunastu minutach jesteśmy na Białorusi.
Pierwszy cel naszej wyprawy to Grodno. Jadąc główną drogą, po 20 kilometrach docieramy do miasta. Szukamy noclegu. Zakładamy, że nocować będziemy na plebaniach kościołów katolickich i w zgromadzeniach zakonnych. Pomysł okazuje się trafiony. Coś takiego jak agroturystyka tutaj nie istnieje.
Stare kamienice na głównych ulicach sprawiają wrażenie, jakby kilka dni temu zakończono ich remont. Na murach nie widać graffiti. Zwraca uwagę mała liczba szyldów i reklam. Ulice są czyste i schludne. Mimo że po porannej mżawce wychodzi szybko słońce, na ulicach nie widać życia. Mijamy pojedynczych przechodniów, jedną wycieczkę (jedyną w czasie naszej podróży) i ludzi wychodzących z polskiego kościoła.
Jesteśmy ciekawi zwykłego życia mieszkańców. Wchodzimy do sklepów przemysłowych i spożywczych. Ze względu na brak reklam mamy problem, by je z daleka wypatrzeć. W sklepach dominują produkty białoruskie. Po te sięgamy w pierwszej kolejności i... jak najbardziej polecamy - pieczywo, nabiał, wędliny. Są naprawdę dobre. Na półkach widać też w niewielkich ilościach Coca-Colę, która prezentuje się tutaj skromnie i nieśmiało. Idziemy też oczywiście na targ. Jest w pobliżu dworca kolejowego. Można tu kupić suszoną słoną rybę (polecam, smakować nie musi, ale spróbować warto). Polecam też kwas chlebowy, nalewany do plastikowych kubków prosto z wielkiej beczki, umieszczonej na dwukołowej przyczepie.
Zostawiając za sobą przemysłowe przedmieścia Grodna, kierujemy się na wschód, w stronę Lidy. Robimy dłuższy postój w Jeziorach (Aziery) nad brzegiem jeziora Białego. Na północ od niego rozciągają się duże obszary podmokłych lasów i bagien. Wygląda to kusząco, ale... może następnym razem.
W miasteczku Ostryna ksiądz przyjmuje nas chętnie: "Będzie z kim porozmawiać przy kolacji".
W trakcie naszej obecności uzgadnia szczegóły pogrzebu młodej kobiety z sąsiedniej wsi. Widząc chyba na naszych twarzach pytanie o przyczynę śmierci w młodym wieku, tłumaczy: "Alkohol. Tutaj to normalne".
Następnego dnia wstajemy niemal razem ze słońcem. Dziś porzucamy główną drogę. Kierujemy się do Lidy. Krajobraz raczej monotonny. Pola uprawne urozmaicone kępami drzew. W powietrzu unosi się zapach zbóż i rozpoczynających kwitnienie lip. Na łąkach pasą się stada krów. Te większe, składające się z kilkudziesięciu czy kilkuset sztuk to własność kołchozów. Doglądane są stale przez jednego lub dwóch pracowników kołchozu, czyli pastuchów. U nas zajęcie to zniknęło pewnie wraz z pojawieniem się pastuchów elektrycznych.
Rozmawiamy z napotkanymi ludźmi. Zatrzymujemy się przy babuszkach siedzących na ławkach przed domami, przystajemy przy sklepach.
W jednej z miejscowości, gdy zaczynamy się już żegnać, 80-letnia Polka obejmuje mnie za szyję, zaczyna płakać, błogosławi. Wydaje mi się, że ci Polacy nieznający już nawet języka polskiego czują, co to ojczyzna i czym jest jej brak.
Dojeżdżamy do Starych Wasiliszek. To tutaj urodził się w 1939 roku i spędził pierwsze lata swojego życia Czesław Niemen (Wydrzycki). W styczniu 2007 r. wmurowano w tutejszym kościele tablicę pamiątkową. Rozmawiamy z mieszkańcami wsi, którzy pamiętają jeszcze młodego Cześka.
Podczas całej wyprawy staramy się, żeby nasz szlak omijał główne drogi. Wstępujemy do wiosek, do których prowadzą drogi szutrowe lub polne.
Wsie, przez które przejeżdżamy, są niemal w 100 procentach drewniane! Zamieszkują je w większości starzy ludzie. Co bardziej przedsiębiorcza młodzież wyjechała do miast. Wieś białoruska umiera.
Okiennice, ramy okienne, naroża lub całe budynki są pomalowane na jasne kolory. Dominuje niebieski. Otoczenie domów i te kilkanaście arów ziemi, jakie otrzymują ich mieszkańcy od kołchozu, są przeznaczone na ogród. Przy bardzo niskich zarobkach przydomowe ogródki są ważnym źródłem utrzymania.
W Bieniakoniach idziemy na przykościelny cmentarz, na którym pochowana jest, jak czytamy na nagrobku, "Marja z Wereszczaków hr. Puttkammerowa", wielka miłość Adama Mickiewicza. Kilka kilometrów na zachód znajduje się dwór Puttkammerów. A niedaleko niego widoczne z drogi niewysokie wzgórze otoczone łąkami, gdzie leży głaz z wyrytym krzyżem. Podobno tu spotykał się Adam z Marylą. Do kamienia prowadzi wyraźnie wydeptana ścieżka. Widać, że miejsce jest często odwiedzane. Na kamieniu ktoś położył bukiet polnych kwiatów.
Wracając do Lidy, kupujemy coś w sklepie i jemy na zewnątrz. Kolejny raz wzbudzamy zainteresowanie mieszkańców kolorowymi strojami i rowerami. Pytają, skąd jesteśmy, gdzie i po co jedziemy, czy podoba nam się na Białorusi. Jeden z Białorusinów zaskakuje mnie pytaniem: "Czy w Polsce jest lepiej?". Wykonuję rękoma jakiś bliżej nieokreślony gest... "Inaczej". Kiwa głową. Taka odpowiedź mu wystarczy.
W kolejnych rozmowach z miejscowymi zachowujemy się już śmielej. Pytamy, jak się żyje na Białorusi. Odpowiedzi podobne: "Najważniejsze, żeby wojny nie było", "Mam dobrą rentę. Co mi więcej trzeba?", "Łukaszenka? On nasz, on z kołchozu".
W Lidzie trwają przygotowania do Dnia Niepodległości. Główna ulica miasta udekorowana flagami. Na dużym budynku przy głównym placu grupa robotników zawiesza flagi i duży baner z napisem: "Białoruś rozkwita".
Krajobraz zmienia się, pojawiają się wzniesienia. Przez Nowogródek dojeżdżamy do Lubczy, gdzie szukamy pozostałości zamku Radziwiłłów. Jest, malowniczo położony nad wysokim brzegiem wijącego się wśród łąk Niemna. Część budynków w całkiem niezłym stanie, inne w trakcie remontu.
Naszą uwagę zwracają lśniące w słońcu niebieskie kopuły cerkwi. Chcemy zobaczyć, jak świątynia wygląda w środku. Z wnętrza wychodzi brodaty jegomość z puszką farby w dłoni. Batiuszka oprowadza nas po remontowanej właśnie cerkwi. Opowiada o obrazach, mówi o doskonałej akustyce wnętrza. W pewnej chwili przystaje na środku i zaczyna śpiewać.
W Szczorsach szukamy dębu, pod którym Mickiewicz pisał Grażynę. Nie możemy znaleźć drzewa, chociaż dąb to przecież nie ułomek. Jak się okazuje, nic dziwnego: kilka lat temu został przewrócony przez silny wiatr.
@RY1@i02/2009/188/i02.2009.188.184.004a.101.jpg@RY2@
Andrzej Sidor/FORUM
Kościół farny w Grodnie
Ludwik Sieczkowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu