Warszawska Jesień znowu młoda
Takiego festiwalu nie było co najmniej od dekady. Elitarna Warszawska Jesień otwiera się na nowe brzmienia, eksperyment, alternatywne filozofie twórcze. Rewolucja? Raczej powrót do korzeni
Czy to jeszcze muzyka? - w pionierskiej dekadzie lat 60. to pytanie uznać można było za motto warszawskiego festiwalu. O wiele trudniej było je usłyszeć w ostatnich latach. Może po prostu muzyka współczesna dojrzała, a wraz z nią szacowna impreza? Z drugiej strony nie trzeba czytać Gombrowicza, by wiedzieć, że bez niedojrzałości nie ma dojrzałości, a bez ryzyka - ważkiej sztuki. Na warszawskie salony wdziera się najmłodsze pokolenie kompozytorów: od klasycyzującego Aleksandra Nowaka po nieprzewidywalną Aleksandrę Grykę. Nie mogło też zabraknąć premierowego pokazu opery "Ogród Marty" Cezarego Duchnowskiego. Guru polskiej muzyki komputerowej zrezygnował w niej z tradycyjnej partytury na rzecz zaprogramowanej komputerowo improwizacji zespołu zaprzyjaźnionych wirtuozów o klasycznym, jazzowym oraz klubowym rodowodzie.
Eklektyczny i pulsujący "przypadkowymi" dźwiękami "Ogród Marty" nie należy raczej do świata muzyki współczesnej, jaką znał Witold Lutosławski. I bardzo dobrze. Przecież debiutujący w tym roku krakowski kompozytor Karol Nepalski mógłby być jego prawnukiem. Lutosławski wiązał zresztą z nowymi mediami ogromne nadzieje i czekał na moment, w którym osiągną one funkcjonalną dojrzałość. Nie spodziewał się pewnie, że tak szybko maszyna stanie się faktycznym współkompozytorem i współwykonawcą utworu. Na przykład w klasycznym już "En echo" Philippe’a Manoury’ego z 1994 roku komputer słucha śpiewu sopranistki i na tej podstawie tworzy na żywo własną partię. Fascynująca perspektywa... Ale też zatrważająca proroctwem artystycznego buntu maszyn.
Egalitarny i wywrotowy potencjał cybernetycznej rewolucji szybko stał się prawdziwym fetyszem polskiego środowiska muzyki alternatywnej, budząc jednocześnie nieufność warszawskojesiennych salonów. Podważyć mógł fundamenty akademickiego wykształcenia - prymat architektonicznie pojmowanej formy, instytucję kompozytora, a nawet koncertu. Cztery nowatorskie prezentacje multimedialne tegorocznego festiwalu nazwano operami chyba wyłącznie z braku lepszego określenia. Wizjonerskie prace Francuza Georges’a Aperghisa kreują zupełnie nowe. "Machinations" to rodzaj interaktywnej - językowej, dźwiękowej i wizualnej - gry pomiędzy czterema wokalistkami, komputerowo zakłócającym ich działania strażnikiem oraz publicznością.
Nowe media przełamują dziś granice gatunków oraz tradycji. Utwory niemieckiego awangardzisty Aleksa Nowitza integrują odległe światy eksperymentalnej kompozycji elektronicznej, klubowego samplingu i miksu (DJ Sniff) oraz swobodnej improwizacji (klasyk nurtu, brytyjski saksofonista Evan Parker). Przy tej okazji warto przywołać nieśmiertelną maksymę "cudze chwalicie...", bowiem już w 1994 roku Krzysztof Knittel napisał dla Tomasza Stańki swoją sonatę da camera nr 1, która przypomniana zostanie w czasie finałowego "Maratonu elektronicznego". Tego samego wieczoru o transgresywnej naturze nowych mediów przekonają elektroniczni prekursorzy popu i rocka, a wśród nich Morton Subotnick. Jego syntezatorowe "Silver Apples of the Moon" sprzed ponad 40 lat brzmi niczym nowa produkcja... Aphex Twin.
Odświeżonego oblicza Warszawskiej Jesieni nie wykrzywia grymas neofity, a dialog z popkulturową oraz alternatywną "nowoczesnością" nie prowadzi do marginalizacji biegunowo odmiennych fenomenów wielobarwnego krajobrazu współczesnej kultury. Niemałej odwagi wymagało przełamanie "cybernetycznego programu" operą zamówioną u Mieczysława Litwińskiego. Choć tym nietuzinkowym kompozytorem i wokalistą zachwycał się swego czasu nawet John Cage, to muzyka zwariowanego outsidera pasuje do intelektualnego stereotypu imprezy jak pięść do nosa. Litwiński pozostaje bowiem z wyboru twórcą naiwnym, zafascynowanym raczej archaicznymi ludowymi pieśniami niż wykwitami wielkiej symfonii, stawiającym bardziej na duchowy i etyczny niż czysto estetyczny wymiar sztuki.
Okazuje się, że warszawskojesienny "XXI wiek" może być jednocześnie erą Wodnika i sztucznej inteligencji. Budzi to nadzieje na odrodzenie ducha złotej epoki festiwalu - pluralistycznych i egalitarnych lat 60. To wtedy Witold Lutosławski umieścił w programie minimalistyczne "In C" Terry’ego Rileya, by potem uciekać z sali koncertowej przed tą prymitywistyczną i obmierzłą mu muzyką. Miejmy nadzieję, że to otwarcie nie jest tylko marketingowym chwytem, a kolejne edycje przypieczętują nową strategię. Warszawski festiwal ma szansę odzyskać status europejskiego epicentrum awangardy, przyćmiewając ulotny blask modnej konkurencji - coraz bardziej doktrynerskiej Musica Genera oraz zestandaryzowanego i pozbawionego walorów odkrywczości Sacrum Profanum.
Muzyka skomponowana nie tylko z dźwięków, lecz także ze światła, z przestrzeni oraz ludzkich interakcji. Oto sztuka przyszłości rozwijana w Waszyngtońskim Centrum Sztuk Cyfrowych m.in. przez polską kompozytorkę Ewę Trębacz.
Pionier muzyki konkretnej wraca do Warszawy, by przypomnieć, że komponować można dosłownie ze wszystkich dźwięków.
Wytrawny badacz kultur pozaeuropejskich, mistrz klasycznej muzyki perskiej, wirtuoz głosu. Jego transkulturowa opera może się okazać ekstatycznym rytuałem.
Operowy debiut guru polskiej muzyki cyfrowej to klasyczna opowieść o rozdarciu pomiędzy poetyckim światem marzeń a prozaiczną rzeczywistością, oparta na opowiadaniu Piotra Jaska.
Interaktywna opowieść o narodzinach języka, muzyki, cywilizacji. Pomimo technologicznego zaawansowania i brzmieniowego wyrafinowania odznacza się ascetyzmem środków oraz esencjonalnością przekazu.
@RY1@i02/2009/182/i02.2009.182.000.016a.101.jpg@RY2@
Nabil Boutros/mat. prasowe
Georges Aperghis - "Machinations"
Michał Mendyk
krytyk muzyczny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu