Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Rock’n’roll do samego końca

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Trzej panowie z Motorhead mają łącznie ponad 160 lat, ale nie zamierzają zwalniać tempa. Nagrali kolejny znakomity album. O "The Wörld is Yours" opowiada perkusista Mikkey Dee

Nie widzę dużych zmian. Jest bardzo stabilnie. Regularnie nagrywamy nowe płyty, z przyjemnością gramy koncerty. Bez ekscesów.

Ale mi bardzo odpowiada taki poukładany zespół. Wciąż nagrywamy dobre piosenki i dobre albumy. Spokojnie gramy swojego rocknrolla. Zmieniło się tylko to, że już nie imprezujemy przed koncertami, a raczej po.

Po nagraniu kilku piosenek Phil opuścił studio z powodu śmierci swojego ojca. Myśleliśmy o tym, czy nie przełożyć nagrania na inny termin, jednak wspólnie podjęliśmy decyzję, że skończymy płytę. Paradoksalnie, mimo że wchodząc do studia, nie wiedzieliśmy, jak ma wyglądać "The Wörld is Yours", i mimo problemów Phila, płyta była chyba najszybciej nagranym materiałem w historii Motorhead. Nad nowymi piosenkami pracowaliśmy około miesiąca.

Nigdy nie patrzymy wstecz z myślą, że mogliśmy zagrać lepiej. Jeżeli w momencie nagrywania numer brzmi tak, jak brzmi, to znaczy, że zrobiliśmy go najlepiej, jak potrafiliśmy. Innego dnia pewnie nagralibyśmy go inaczej, ale to nie znaczy, że lepiej. Piszemy spontanicznie, nie mamy koszyka z piosenkami, nie pracujemy nad nowym materiałem podczas tras. Konkretna płyta powstaje w konkretnym czasie, nie planujemy jej wcześniej.

I tak jest cały czas. Zawsze nagrywaliśmy, co chcieliśmy i dla kogo chcieliśmy. My wykonujemy swoją pracę - nagrywamy dobrą płytę, a oni mają wykonać swoją, sprzedać ją. Przy "The Wörld is Yours" nic się nie zmieniło. Decydowaliśmy o wszystkim na płycie. Duży label pomaga nam tylko ją sprzedać.

Nie. Wszystkich zmian zespołów dokonałem w idealnym czasie. Pod koniec lat 80., kiedy zaczęliśmy odnosić ogromne sukcesy z King Diamond, zacząłem czuć, że King przywłaszczył sobie cały zespół. Chciał być gwiazdą, a my mieliśmy siedzieć cicho. Nie było sensu tego ciągnąć. Później w prasie ukazały się artykuły o tym, jak zostałem wyrzucony, bo chciałem więcej pieniędzy. Gdy dołączyłem do Dokken, byłem pytany o to, jak mogłem poświęcić King Diamond dla Dokkena? Byłem tym wszystkim zmęczony. Walką w zespole, ale też muzycznie. Chciałem grać coś innego. Lemmy po raz pierwszy zapytał mnie o przyłączenie się do Motorhead, jeszcze jak byłem w Diamond, w połowie lat 80. Dwa tygodnie po tym, jak odszedłem od Dokkena, ponowił pytanie i wtedy się zgodziłem. Daliśmy sobie na dzień dobry po kopniaku i zaczęliśmy grać. Od początku dobrze nam się współpracowało, zresztą podobno Lemmy uważa mnie za najlepszego perkusistę na świecie, więc nie było problemu.

Muzycznie wychował mnie wujek. To on po raz pierwszy, kiedy miałem 7 lat, puścił mi Deep Purple. Od tej pory moim mistrzem perkusji jest Ian Paice. Dużo słuchałem też jazzu, uwielbiam "Buddyego" Richa.

Oczywiście słuchają moich płyt, ale nie mam tak, że puszczam nową płytę i mówię: posłuchajcie, jak gra wasz tatuś. Mój młodszy ośmioletni syn Marcus zaczyna grać na perkusji. 14-letni Max jest natomiast piłkarzem. Teraz mi dokucza, bo ja wolę hokej, a moja ulubiona drużyna Frölunda HC z Göteborga rozgrywa najgorszy sezon w historii. Na szczęście przez obowiązki w Motorhead nie mam za dużo czasu, żeby śledzić słabą grę zespołu.

Nie. Póki będzie tak dobrze, jak jest teraz w zespole, na pewno nie przestanę grać. Emeryturę chcę spędzić przy perkusji. A co do Motorhead to przejmuję się tylko ostatnią płytą i nadchodzącymi koncertami. Mam nadzieję, że będziemy grać rocknrolla jak najdłużej.

@RY1@i02/2010/240/i02.2010.240.196.0032.001.jpg@RY2@

FOT. EMI MUSIC POLAND;

Pierwszy z lewej Mikkey w towarzystwie reszty rocknrollowych dziadków z Motorhead

W numerze "Get Back in Line" Ian Fraser Lemmy Kilmister wykrzykuje "jesteśmy inni, niż byliśmy dawniej". To nie do końca prawda. Na twarzy dziadów rock''n''rolla pojawiły się kolejne zmarszczki, ale muzyka na nowym albumie "The Wörld Is Yours" wciąż zgodna jest z hasłem "szybko, prosto i mocno". Płyta nie daje oddechu. Od pierwszego "Born to Lose", które mogłoby znaleźć się na debiucie kapeli z 1977 roku, po "Bye Bye Bitch Bye Bye" leją się gitarowe melodie Phila Campbella, lecąca jak TGV perkusja Mikkeya Dee i chrypka Lemmy''ego. Rock''n''rollowej Ameryki panowie nie odkrywają, ale w ich wieku wystarczy, że grają tak, jakby ruszali na III wojnę światową.

@RY1@i02/2010/240/i02.2010.240.196.0032.002.jpg@RY2@

Kamień milowy ciężkiego grania. "Jedna z najlepszych metalowych płyt kiedykolwiek nagranych" entuzjazmowali się krytycy po premierze "Ace of Spades". Trzydzieści lat później można tę opinię powtórzyć. Czwarty krążek w dorobku Motorhead ma porażającą energię, emanuje nieokiełznaną siłą. To także płyta, która położyła podwaliny pod thrash metal - inspirowały się nią takie kapele, jak Metallica czy Anthrax.

Od pierwszych dźwięków otwierającego płytę "Ace of Spades" po ostatnie sekundy zagranego na finał "Motorhead" mamy do czynienia z rockowym huraganem. "No Sleep..." to bez wątpienia jedna z najlepszych płyt koncertowych w historii rocka. Surowa, głośna, cuchnąca potem i gorzałą - ale w tym tkwi jej specyficzne piękno. Trzeba jej posłuchać, by zdawać sobie sprawę, czym może być prawdziwy rockowy koncert.

Najlepsza płyta Motorhead nagrana w latach 90. Czasy świetności zespół miał już za sobą, ale potrafił podnieść się po wcześniejszych porażkach. Ekipa postanowiła więc wrócić do korzeni: grać szybko, głośno i wściekle. I to był klucz do sukcesu. Zaś singiel "Born to Raise Hell" stał się jednym z hymnów Motorhead. I nie zaszkodziło mu nawet później ponowne nagranie go z gościnnym udziałem rapera Icea-T.

Rozmawiał Wojciech Przylipiak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.