Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Potwora z pieczary schrzanili Polacy

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Twórca "Testu pilota Pirxa" Marek Piestrak tłumaczy, dlaczego nie mógł kręcić filmów tak jak chciał, broni swojego kina i zapowiada powrót do reżyserii

Marek Piestrak: Wzięło się to z mojej dziecięcej fascynacji rozrywkowym kinem i literaturą. Zanim proklamowano socrealizm, przez kilka lat po wojnie w naszych kinach pokazywano filmy zza oceanu, widowiskowe produkcje przygodowe i kryminały typu "Niewidzialny detektyw" czy "Korsarze północy". Do tego dochodziła jeszcze lektura książek Lema i rosyjskiej literatury science fiction, której przekłady zaczęły się wtedy pojawiać. Wtedy zamarzyłem, żeby zostać reżyserem i robić takie filmy.

Potrzebne były zdjęcia trickowe, którymi w Polsce nikt się nie zajmował. Doświadczenia mieli na tym polu natomiast Rosjanie. Okazało się, że kinematografie Polski i ZSRR podpisały umowy o współpracy. Postanowiłem spróbować z adaptacją Lema, który był w Związku Radzieckim bardzo popularny. Zespoły Filmowe przekazały scenariusz do Moskwy, skąd przyszła odpowiedź pozytywna.

Prawa do emisji sprzedano do 24 krajów. "Pirx" wygrał w 1979 roku festiwal w Trieście, pokonując między innymi "Obcego" Ridleya Scotta.

Pierwotnie akcja miała rozgrywać się podczas powstania styczniowego w zaborze rosyjskim, ale zawetowała to cenzura. Musiałem przerobić scenariusz - umiejscowiłem więc akcję w czasie Wiosny Ludów, zaś kozaków i carskich oficerów przerobiłem na austriackich huzarów. Po trzech dniach od rozpoczęcia zdjęć wprowadzono stan wojenny. Po wznowieniu pojawiły się kolejne kłopoty. Na każdą sekwencję zdjęć z użyciem broni - palnej i białej - musieliśmy mieć osobne zezwolenie. Spisano wszystkie szable, które mieliśmy na planie i zabytkowe pistolety skałkowe, wypożyczone od kolekcjonerów. Trudności nastręczała logistyka. W kilku scenach pojawia się kareta z zaprzęgiem. Zdjęcia kręciliśmy w pałacu w Śmiełowie w Wielkopolsce, a za te rekwizyty odpowiadał Jasiek Galica z Poronina wypożyczający zabytkowe pojazdy do filmu. Obowiązywała godzina milicyjna, trzeba było mieć specjalne zezwolenia na transport i przydział na benzynę. Wznowienie zdjęć stanęło od znakiem zapytania, bo Galicy nie udało się wszystkiego załatwić. Skończyło się na tym, że zawzięty góral przyjechał do nas z Poronina zaprzęgiem. Ponieważ była zima i mróz, wyłożył karetę sianem dla koni i ruszył przez pół Polski. Zajęło mu to ponad tydzień, ale zdążył na czas. Często jednak przeliczałem się z możliwościami współpracowników.

Wietnamczycy nie wywiązali się z połowy zobowiązań. Na scenę na mostku linowym mieliśmy kilka godzin. Na dodatek kręciliśmy bez zabezpieczenia, Ewa Sałacka wisiała nad przepaścią asekurowana tylko przez kaskaderów. W scenach w pieczarze w estońskim atelier realizatorzy nie mogli sobie poradzić z synchronizacją strzałów laserowych. Potwora schrzanili Polacy - zamiast oślizłego monstrum przypomina lalkę.

Te filmy trafiały w zapotrzebowanie społeczne, o czym świadczyła wielomilionowa frekwencja. Za każdym razem kiedy przystępowałem do zdjęć, wydawało się, że wszystko jest dopięte - koproducenci przysyłali zdjęcia, szkice, próbki, zapewniali, że zrobili wszystko tak, jak chciałem. W praktyce okazywało się, że moje wizje mają się nijak do tego, co oni są w stanie wytworzyć. Próbowałem kręcić filmy najlepiej, jak się dało. Moje filmy wypełniały lukę, nie mieliśmy wtedy takiego dostępu do zachodniej popkultury jak dziś. Nie zgadzam się też z tym, że po 1989 roku ich wartość się zdewaluowała. Na przykład "Wilczyca" jest filmem zrealizowanym według prawideł gatunku, dobrze zainscenizowanym i zagranym, umiejscowionym w polskich realiach epoki. Jest nośnikiem wiedzy o tamtych czasach. Francuzi do dziś robią takie gatunkowe kino narodowe, czego przykładem choćby "Braterstwo wilków".

Byli najlepsi na castingu. Zbigniew Buczkowski przyszedł, zaśpiewał piosenkę - tę samą, którą wykonuje w filmie - i dostał angaż. Podobnie było z dziewczynami. Ewa, filmowa "Pućka", pracowała w zakładzie fryzjerskim, natomiast Regina była księgową w PGR-ze w Mysiadle. Mieliśmy biuro w hotelu MDM przy placu Konstytucji. Żeby porozmawiać o roli, Janusz zaprosił ją na obiad. Podano schabowego z ziemniakami i brukselką. Zawartość talerzy zaintrygowała Reginę. "A co to za dziwne kapustki?" - zapytała. "No coś ty, przecież to brukselka" - odparł Janusz. "O Jezu, to ona tak wygląda ? Tyle razy fakturowałam brukselkę, ale nigdy wcześniej nie widziałam jej na oczy!" - dziwiła się. No i tak narodził się pseudonim Reginy - została "Brukselką".

Być może za kilka miesięcy. Przygotowuję familijny film przygodowy oparty na motywach książki Ferdynanda Ossendowskiego "Mali zwycięzcy" - takiego azjatyckiego "W pustyni i w puszczy". Rzecz będzie rozgrywać się w porewolucyjnej Mongolii. Większość zdjęć nakręcimy w mongolskich wnętrzach i plenerach.

@RY1@i02/2010/230/i02.2010.230.196.030a.001.jpg@RY2@

Cezary Polak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.