Miedź brzęcząca
Dobrze, ale za dużo. Tak można podsumować prowokacyjne "Lata walk ulicznych" Michała Zygmunta
Do wielkich prozatorskich metafor, powieści pokoleniowych i krytycznych, syntez polskości i innych tego rodzaju przedsięwzięć podchodzę ostrożnie. Szczególnie gdy wychodzą spod piór trzydziestoparolatków, którzy, jak się zdaje, choćby z braku doświadczenia przedkładają autobiografizm i literacką publicystykę nad umiejętność kreowania wciągających fabuł. "Dwadzieścia lat polskich przemian ściśniętych w jedną biografię" - to hasło z okładki "Lat walk ulicznych" było dla mnie ostrzeżeniem. Podobnie jak mówiące nazwisko głównego bohatera i pompatyczne pierwsze zdanie: "Nazywam się Marek Polak i za chwilę umrę".
Ale Michał Zygmunt zaskakuje. Przede wszystkim pisarskim warsztatem - początkowe rozdziały tej książki po prostu świetnie się czyta. Przechodzimy płynnie od obrazu do obrazu, obcując z mocnym, ironicznym, soczystym językiem współczesności. Duszna msza za ojczyznę, z której dziecko zapamiętuje głównie zapachy; szczeniackie zabawy w obóz koncentracyjny; przesiąknięty chłopięcą erotyką żałosny napad na stację benzynową; migawkowa kariera męskiej prostytutki w Berlinie Zachodnim. Potem Zygmunt pokazuje, że równie dobrze radzi sobie ze sferą tabu: opisy seksu - w tym przypadku głównie seksu gejowskiego - nonszalanckie, brutalne, ekspresyjne, ocierają się o pornografię, ale zdecydowanie pornografią nie są.
Głównym bohaterem "Lat walk ulicznych" nie jest jednak Marek Polak, miliarder z przypadku, ale pieniądze: wymarzone, spadające z nieba. Pieniądze - jedyny antydepresant, jaki wymyślili sobie Polacy, kiedy Bóg poszedł w odstawkę. Pieniądze - jedyny afrodyzjak, jedyny sposób na podwyższenie społecznego statusu, jedyna miłosna waluta. I tu zaczynają się problemy z powieścią Zygmunta.
Mniej więcej od połowy bowiem "Lata walk ulicznych" zaczynają się sypać. Tracą swoje literackie walory na rzecz jakiejś wydumanej historii miłosnej. Poszczególne rozdziały pozostają ze sobą w luźnym związku - zbyt luźnym, by w ogóle tworzyły jakąkolwiek spójną narrację. Autor próbuje stawić czoła globalizacji, rzucając swojego bohatera na różne trudne odcinki - a to na brudną afrykańską wojnę, a to do brytyjskiej wytwórni filmów porno. Nic tu do niczego nie pasuje, wątki się gubią, powieść traci początkową wyrazistość. Jeśli to celowy zabieg mający oddawać ponowoczesny chaos, to tym gorzej.
Domyślam się, że ta powieść (podobnie jak "New Romantic" - poprzednia książka autora) będzie postrzegana głównie przez pryzmat prowokacji i ideologii. To mnie jednak nieszczególnie interesuje. Oczekuję dobrej literatury. W tym względzie "Lata walk ulicznych" to projekt ambitny, lecz nieudany. Zważywszy na niekłamany talent Zygmunta, należało od niego oczekiwać czegoś więcej. Więcej pokory i świadomości własnych ograniczeń? Raz jeszcze się okazało, że wielkie syntezy szkodzą.
Piotr Kofta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu