Samotny rewolwerowiec
George Clooney w roli znużonego mordercy wygląda przekonująco, niestety Anton Corbijn, choć jest wybitnym fotografem, jako reżyser nie ma do zaoferowania wiele ponad piękne obrazki.
Gdy płatny zabójca Jack (Clooney) sam staje się celem morderców, ucieka się pod protekcję dawnego szefa (Johan Leysen) i zaszywa w małym miasteczku we włoskiej Abruzji. Tam po cichu przygotowuje zlecone przez szefa zadanie, zaprzyjaźnia z wszystko wiedzącym lokalnym księdzem (Paolo Bonacelli), a także zakochuje w pięknej Clarze (Violante Placido). Pod wpływem uczucia i wyrzutów sumienia postanawia porzucić dotychczasowe życie - zadanie, które realizuje, ma być tym ostatnim. Oczywiście, jak to w tego typu fabułach, okaże się, że owszem, niepotrzebni mogą odejść, ale tylko w jednym kierunku: na cmentarz.
Wszystko w tym filmie jest ładne: ładny Clooney, ładne włoskie miasteczko labirynt, ładni mordercy, ładne prostytutki, ładne ubrania, ładne jedzenie i ładna kawa. Gdy Jack jedzie przestrzelać nową broń, to też wybiera malownicze miejsce nad rzeką, gdzie kwitnie kwiecie i latają motyle. Z motylami w ogóle łączy go szczególna więź, bo taki wizerunek widnieje wytatuowany na jego łopatkach, a Clara nazywa go signor Farfalla, czyli pan Motylek.
Jednak oprócz wizualnej urody filmu nie ma w nim wiele treści. W westernowy schemat na siłę próbowano wtłoczyć pretensjonalną opowieść o winie i odkupieniu. Westernowość jest zresztą podkreślana aż do przesady - George jest oczywiście samotnym rewolwerowcem, zakochuje się w prostytutce o złotym sercu, a małe miasteczko stanie się scenerią pojedynku w samo południe. Gdyby któryś widz był za mało bystry, by wyłapać te niuanse, to w tle leci muzyka Ennio Morricone, zaś dla wyjątkowych tępaków przeznaczono scenę w barze, którego właściciel ogląda "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie".
Anton Corbijn podobnie jak w debiutanckim "Control" pokazuje przecudnej urody obrazy, jednak nie każdą historię da się opowiedzieć poprzez serię eleganckich kadrów. W poprzednim filmie treść niosły muzyka i tragiczny los lidera Joy Division Iana Curtisa. Tu zabrakło wewnętrznej siły. Zostały wysmakowane zdjęcia i pretensjonalne gesty, jak ten wieńczący dzieło - uwaga, spoiler! - gdy Jack umiera, ku niebu ulatuje motylek...
Katarzyna Nowakowska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu