Pływanie w rytmie tańca
Po rewelacyjnym koncercie rok temu w Mysłowicach Dan Snaith powraca do Polski. Jego projekt caribou tym razem zaprezentuje w Gdańsku zaskakujący materiał "Swim"
To już mam za sobą. Właściwe kilka ostatnich lat spędziłem, grając jako DJ w klubach, w ten sposób testowałem moje nowe utwory. Wyglądało to mniej więcej tak, że w piątek popołudniu kończyłem produkcję, a wieczorem puszczałem ją podczas mojego setu i obserwowałem, jak reagują ludzie. Następnego dnia wracałem do studia i zmieniałem rytm albo dodawałem więcej basów. To była strasznie fajna robota, bo mam wielu znajomych na tej scenie, więc dużo się od nich nauczyłem.
Interesowałem się taką muzyką jeszcze w latach 90., ale potem miałem dosyć tego całego rave’u. A Jeremy Greenspan i Matt Didemus pokazali mi nowoczesne disco, italo-disco, balearic house - wcześniej nie znałem tych gatunków i byłem strasznie podekscytowany. Wtedy zacząłem znów chodzić do londyńskich klubów, ale tak naprawdę do nagrania "Swim" zmobilizował mnie dopiero James Holden i jego minialbum "The Idiots Are Winning". To, co robi z muzyką elektroniczną, jest niesamowite. Tworzy skomplikowane struktury i używa dziwnych dźwięków, ale wciąż da się do tego tańczyć. Cieszę się również, że zostaliśmy przyjaciółmi, bo zdradził mi trochę tajemnic swojego warsztatu. Chociaż moja muzyka ostatecznie wyszła znacznie prostsza od jego.
Wszystko oparte jest na pomyśle, który jest dla mnie ważniejszy niż myślenie w kategoriach gatunków czy aktualnych trendów. Z reguły koncepcja na album przychodzi w połowie pracy, tym razem jednak stała się ona punktem wyjścia. Chciałem stworzyć płynną muzykę taneczną, której dynamika byłaby jak fala. Potem zaczął wchodzić w szczegóły, szukać odpowiednich brzmień w swoim studiu oraz właściwych rytmów w klubie.
Wręcz przeciwnie. Pamiętam, jak chłopaki z Junior Boys przyszli do mnie i złapali się za głowę. Spytali mnie, czy naprawdę robię taką dobrą muzykę na takim potwornym chłamie. Wcale im się nie dziwię, bo oni są starymi kolekcjonerami syntezatorów, mają naprawdę drogie i profesjonalne studio. Dlatego też do nich zwróciłem się z pomocą, żeby pomogli mi przy produkcji. Mimo wszystko wychodzę z założenia, że trzeba osiągnąć jak najwięcej jak najmniejszymi środkami. Poza tym nie zajmowałem się wcześniej taką muzyką, dlatego mam tylko perkusję, gitarę, trochę efektów, samplerów i kilka klawiszy. Poza tym brakuje mi cierpliwości do czytania instrukcji obsługi, więc rzadko kupuję coś nowego. Wszystkie utwory chciałem nagrać na tym sprzęcie, ale chciałem tym razem spróbować wykorzystać go w inny sposób niż dotychczas.
Zgadza się, część z nich jest nawet bardzo osobista. Z jednej strony "Odessa", która została napisana po rozwodzie mojego znajomego, a z drugiej "Kaili" będąca wspomnieniem mojego wyjazdu z żoną na ponad miesiąc do Chin. Nie zależnie od tego, jak wyprodukuję moje utwory i jakich użyję środków do ich nagrania, bardzo ważne jest dla mnie to, żeby móc nawiązać kontakt emocjonalny z muzyką, a słuchacze też mogli się jakoś do niej odnieść. Nie chcę tworzyć tylko abstrakcyjnych dźwięków do zabawy, ale też nie jestem aż taki staroświecki, żeby pisać piosenki tylko z gitarą akustyczną. Dla równowagi jest też kilka takich utworów, które są po prostu zabawą z jednym słowem w "Sun" czy melodią zagraną na chińskich misach w "Bowls". Te dwa zresztą zawsze najbardziej podobają się na żywo.
Instrumentarium będzie takie samo jak ostatnio - dwie perkusje, gitara, bas, klawisze. Teraz jednak będziemy się starali używać znaczenie więcej gotowych dźwięków oraz wypuszczać różne sample. Cześć z nich będzie uruchamiana z syntezatora, a część ze specjalnego pada perkusyjnego. Dla mnie wciąż ważne jest na scenie zachowanie pewnej spontaniczności oraz interakcji między muzykami. Puszczanie gotowych podkładów z komputera i granie do tego na żywo byłoby sztuczne i nużące. Natomiast my staramy się organicznie łączyć żywe instrumenty z elektroniką.
Mam, jest ono nawet bardzo realne, tylko drogie w realizacji. W zeszłym roku muzycy Flaming Lips zaprosili nad na festiwal All Tomorrow Parties, którego byli kuratorami. Są wielkimi fanami Caribou i koniecznie chcieli usłyszeć, jak zabrzmiałaby moja muzyka w stu procentach na żywo. Specjalnie na tę okazję skrzyknąłem czternastoosobowy big-band Caribou Vibration Ensemble złożony z moich muzyków, ale też członków Sun Ra Arkestra i samego Marshalla Allena. Wiesz, trudno jest mi to wszystko opisać, bo nagle wylądowałem na jednej scenie z moim idolem dzieciństwa, miałem za sobą potężną sekcję dętą, a do tego musiałem się uwijać jak w ukropie, żeby ogarnąć swoje instrumenty, śpiewać i jeszcze prowadzić zespół. Zupełnie magiczne doświadczenie i spełnienie wszelkich marzeń. Chciałbym, żeby ktoś jeszcze mógł sfinansować kiedyś takie przedsięwzięcie.
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0012.001.jpg@RY2@
FOT. MATERIAŁY PRASOWE
@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.0012.002.jpg@RY2@
Rozmawiał Jacek Skolimowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu