Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Rozpłynąć się w powietrzu

1 lipca 2018

"Przyszły rozwój, moralny, intelektualny i materialny, związany jest z losami nauki (...). Ale historia myśli ludzkiej powinna przestrzec nas przed zbyt pochopnym wyciąganiem wniosku, że skoro naukowa teoria świata jest najlepsza z wszystkich dotąd sformułowanych, wobec tego jest też oczywiście pełna i ostateczna. (...) W końcu wszelkie uogólnienia nauki, zwane w mowie potocznej prawami natury, są jedynie hipotezami sformułowanymi w celu wyjaśnienia stale zmiennych fantasmagorii umysłu, które zaszczycamy dumnie brzmiącymi nazwami świata i kosmosu".

Sir James George Frazer

Mam zamiar bluźnić dziś niemożebnie. Ciężkim bluźnierstwem jest już powyższy cytat z Frazera, wyłuskany z ostatnich stron "Złotej Gałęzi". W swej konstatacji mógłby szacowny Komitet Noblowski przyprawić o apopleksję. A będzie, uczciwie ostrzegam, jeszcze gorzej.

Jeśli jednak w kąciku poświęconym przygodom ludzkiego umysłu dążącego do pełniejszego zrozumienia świata i naszego w nim miejsca podaje się w wątpliwość obowiązujący dziś kształt paradygmatu naukowego, niekoniecznie musi to oznaczać, że autor oszalał. Proszę dać mi szansę. Spróbuję wykazać, że jest w tym obłędzie metoda. Że pozorny zamach anarchistyczny na miłościwie panującą nam monarchię herbu Szkiełko i Oko w istocie jest próbą poszerzenia terytorium królestwa o sporne pogranicza.

Przesłuchałem parę godzin temu debiutancki studyjny album Kryzysu - zagrane na nowo punkowe kawałki sprzed trzech dekad plus trochę nowych. Ocean wspomnień. "Mam dość", "Święty szczyt", "Ambicja" wciąż budzą dreszcze, i chyba nie tylko dlatego, że to muzyka mojej młodości. Nie ona jest jednak pretekstem do dzisiejszych refleksji, ale egzotyczny akcent zamykający płytę. Z Magurą, autorem tekstów i bębniarzem Kryzysu, konsekwentnym włóczęgą Dharmy niczym z powieści Kerouaca, znamy się od lat, nie byłem zatem zaskoczony. Ale ktoś z boku mógłby zadać pytanie, dlaczego współlider zespołu, który kiedyś był na szpicy rockowej rebelii, kontestator świata przeszłości, dziś tak bardzo ogląda się wstecz. I jako codę śpiewa tybetańską modlitwę, wybijając rytm rytualnym bębenkiem damaru.

A wszystko to z myślą o nomadach XXI wieku, słuchających muzyki z hipernowoczesnych przenośnych odtwarzaczy wielkości breloczka do kluczy mieszczących półki płyt. Czy to się klei? Czy nie ma w tym obrazie jakiegoś pęknięcia?

Magura, swobodnie korzystający z najnowszych technologii, by zapraszać nas w podróż po pradawnej kulturze, wbrew pozorom nie jest mentalnie podejrzanym dziwolągiem czy - przy życzliwszej ocenie, dokonywanej jednak wciąż z pozycji człowieka postoświeceniowego - li tylko niegroźnym kontynuatorem romantycznej tradycji beatnikowskiej. Jest obywatelem szarej strefy, o której ludziom światłym wciąż publicznie dyskutować nie wypada, mimo że awangarda fizyki teoretycznej hasa po jej rubieżach od lat. Mówimy o wizjach świata, które niebezpiecznie zahaczają o czysto filozoficzne spekulacje, a nawet - o zgrozo! - o starożytne kosmologiczne intuicje, powszechnie ignorowane jako pozbawione wartości naukowej mistyczne iluminacje.

Wracamy do Frazera. Poniższy fragment wyjąłem z wydania "Złotej Gałęzi" z roku 1969, w przekładzie Henryka Krzeczkowskiego. Wyjątkowo obszerny, ale wierzę, że przyznają mi Państwo rację - jest niezwykły, okrawać go bardziej byłoby barbarzyństwem. Nie tylko z powodu wyjątkowej urody słów, ale przede wszystkim za sprawą ich dzisiejszego wydźwięku. To niepojęte, że w XIX wieku ktoś mógł tak precyzyjnie antycypować nasze lęki. Można czytać poniższe słowa jako komentarz do niedawno tu omawianej hipotezy Petera Warda, który postrzega Ziemię jako matkę mordującą swoje dzieci i wzywa do buntu - choć bez większej wiary w przetrwanie ludzkości. Można postrzegać je jako proroctwo epoki, w której niezwykle gwałtowny, już niekontrolowany przez człowieka rozwój technologii sprawi, że z dnia na dzień znaną nam rzeczywistość zastąpi kraina niczym z baśni lub sennych koszmarów. Można też dostrzec w nim zapowiedź czasów, w których nauka i wywodzące się ze starożytnych systemów mistycznych techniki, ujmując rzecz lapidarnie, gimnastyki umysłu, nie będą postrzegane jako wrogie. I że syntetyczne obrazy świata ujrzane przez wyszkolone w ten sposób biologiczne superkomputery zyskają status potencjalnie godnych uwagi wskazówek na ścieżce racjonalnych badań naukowych.

Fizycy badający rzeczywistość na poziomie cząstek elementarnych wiedzą, że świat materialny jest w swej solidności złudzeniem, że jego forma jest w istocie pusta. Że zjawiska manifestują się jak iluzje. Nawet ciągłość czasu jest pozorna. Pomarszczony i porowaty, nie ma stałego wektora - na poziomie tak zwanej piany kwantowej istnieją tunele czasoprzestrzenne łączące różne miejsca i czasy. I bynajmniej nie jest to sprzeczne z tym, co wielcy mistycy przeszłości mówili różnymi językami od tysięcy lat.

A oto co rzecze mistrz Frazer:

"Jaśniejsze gwiazdy zabłysną nad przyszłym podróżnikiem - jakimś wielkim Ulissesem w królestwie myśli - aniżeli te, które świecą nad nami. Sny magii mogą pewnego dnia okazać się na jawie naukową rzeczywistością. Ale smuga cienia kładzie się w poprzek odległego kresu tej pięknej perspektywy. Bez względu bowiem na to, jak rozległe postępy poczyni wiedza i jakimi siłami obdarzy przyszłość człowieka, nie ma on nadziei, że uda mu się stawić czoło tym wielkim siłom, zda się w milczeniu i nieustępliwie zmierzającym ku zniszczeniu gwieździstego wszechświata, w którym nasza Ziemia pływa jak pyłek lub plamka. Być może, w wiekach przyszłych potrafi człowiek przewidzieć, a nawet opanować kręte drogi wiatrów i chmur, ale należy wątpić, czy potrafi swymi wątłymi rękami przywrócić szybkość planecie zwalniającej bieg po orbicie lub rozpalić na nowo wygasający płomień Słońca. Ale filozof przerażony perspektywą odległych katastrof może się pocieszyć myślą, że te ponure przewidywania, podobnie jak sama Ziemia lub Słońce, są jedynie częścią niematerialnego świata, który myśl ludzka wyczarowała z pustki, i że widma, wywołane dziś przez subtelną wróżkę, jutro mogą być przez nią przepędzone. One również, jak tyle innych rzeczy wydających się oku ludzkiemu stałą materią, mogą rozpłynąć się w powietrzu, przejrzystym powietrzu".

Końcowe frazy to czysta Dharma. Sir James George Frazer jako odrodzony na Zachodzie tulku, nieodkryta inkarnacja tybetańskiego wizjonera? Wesoła w swej anarchii wizja. Beatniku Maguro, może zaśpiewałbyś kiedyś o tym pieśń?

W Galerii TechnoParty płótno, o którym tak oto pisał Frazer w pierwszych słowach swego opus magnum: "Któż nie zna obrazu Turnera przedstawiającego Złotą Gałąź? Scena tonąca w złocistej poświacie wyobraźni, w której kąpał się boski umysł Turnera i przemieniał nawet najpogodniejszy krajobraz (...)".

@RY1@i02/2010/117/i02.2010.117.196.021a.001.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.