Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Ostatnia odsłona "American Recordings", czyli muzyczny testament Johnny’ego Casha

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

To było kwestią czasu, kiedy Johnny Cash odezwie się zza grobu. Z okazji 78. rocznicy jego urodzin ukazuje się "Ain’t No Grave" - wybitna szósta część kultowej serii "American Recordings", której edycja rozpoczęła się tuż przed śmiercią muzyka.

Wydawało się, że wydany cztery lata temu album "A Hundred Highways" definitywnie zamknął ostatni etap twórczości Człowieka w Czerni. Tymczasem okazuje się, że producent Rick Rubin wygrzebał z archiwum jeszcze kilka nieznanych utworów zarejestrowanych w domowym studiu artysty w Hendersonville na kilka miesięcy przed śmiercią. Trudno nie kryć zniesmaczenia tym, że po siedmiu latach ktoś znów grzebie w grobie Johnny''ego Casha i próbuje dorobić się na schedzie po nim. Ale po zapoznaniu się z "Aint No Grave" wszelkie wątpliwości mijają, bo dopiero z tą płytą misterium śmierci wielkiego barda Ameryki nabiera sensu.

Tutaj w doborze utworów ani nie ma przypadków, ani znanych przebojów. Kluczem było osobiste podsumowanie życia artysty - spojrzenie z zadowoleniem w przeszłość, z nadzieją w przyszłość i ostateczne spisanie jego testamentu artystycznego. Tak jak na poprzednich wydawnictwach, ton nadaje tytułowa kompozycja "Aint No Grave (Gonna Hold This Body Down)" napisana przez religijnego śpiewaka Brata Claudea Elyego, a na tę okazję zaaranżowana na gitarę akustyczną, elektroniczną, banjo, organy z żywo nabijanym rytmem i uderzeniami w dzwon. Na pierwszym planie oczywiście wciąż charakterystyczny baryton Casha, który śpiewa "Nie ma grobu, który mógłby zatrzymać moje ciało" i opisuje swoje zmartwychwstanie w otoczeniu aniołów. Równie mocne wrażenie w tym kontekście robi nieco spokojniejsza muzycznie, za to bardziej dostojna za sprawą kwartetu smyczkowego ballada "I Corinthians 15:55", w której cytatem z Biblii pyta: "O gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień?".

Ta płyta nie mogła ukazać się wcześniej - jest zbyt emocjonalna, szczera, żeby się nią dzielić ze słuchaczami za życia, a po jej nagraniu trudno powiedzieć coś więcej.

Kiedy Cash śpiewa w "Redemption Day" refren "Jest pociąg, który zmierza wprost do bram niebios. A po drodze dziecko, mężczyzna oraz kobiety patrzą i czekają. Czekają na dzień odkupienia", to odbiera się tę piosenkę inaczej niż oryginalne wykonanie Sheryl Crow. Jednocześnie podziw budzi spokój, z jakim w "Can Help but Wonder Where Im Bound" Toma Paxtona wyraża pogodzenie ze swoim losem czy w "For the The Good Times" Krisa Kristoffersona po odejściu żony śpiewa "Nie bądź taka smutna. Wiem, że to już koniec. Ale życie toczy się dalej, a ten cały świat będzie się kręcił bez nas. Bądźmy tylko zadowoleni z tego, że mieliśmy trochę czasu dla siebie". Takie poczucie daje mu głęboka wiara w Boga i satysfakcja z życia, o której świadczy w kameralny "A Satisfied Mind" zaśpiewany przy akustycznej gitarze. Jednak czym byłyby te deklaracje i wyznania, gdyby nie spajająca całość ostatnia piosenka "Aloha Oe"? Powszechnie znanym hawajskim klasykiem bez zbędnego patosu, za to z nutką melancholii w głosie w przewrotny sposób Cash żegna się już bezpowrotnie z fanami.

Niezależnie od tego, czy artysta tak właśnie przewidział zakończenie kariery i czy podpisałby się pod producencką robotą Ricka Rubina - jest to wielki album, który przejdzie do historii. Jest on też ukoronowaniem ostatniej drogi na szczyt, którą Cash rozpoczął w 1994 roku "American Recordings", nagrodzonym Grammy w kategorii najlepszy album folkowy. Zapraszając na kolejne płyty z tej serii młodszych artystów (Will Oldham, Nick Cave, Tom Petty), sięgając po bardziej współczesny repertuar (U2, Beck, Soundgarden, Nine Inch Nails, Depeche Mode), na przełomie wieków stanął na czele odrodzenia tradycji amerykańskiej piosenki i stał się ojcem chrzestnym nowej sceny folkowej. A odnosząc sukces komercyjny singlem "Hurt", powrócił do masowej wyobraźni. Tym razem nie w roli dzielnego kowboja z Południa, cudownie nawróconego farmera czy niepokornego gwiazdora z filmowej biografii "Spacer po linie", ale starego, niedołężnego człowieka na skraju śmierci, którego w naturalistyczny sposób w teledysku pokazał Mark Romanek. Cash przełamał dotychczasowe tabu śmierci w popkulturze i pokazał, że może idole umierają młodo, ale prawdziwe legendy żyją wiecznie.

@RY1@i02/2010/038/i02.2010.038.000.016a.001.jpg@RY2@

Fot. INTERFOTO/FORUM

"Aint No Grave" to ostateczne pożegnanie Johnnyego Casha z muzyką

@RY1@i02/2010/038/i02.2010.038.000.016a.002.jpg@RY2@

"Aint No Grave" Johnny Cash

American/Lost Highway 2010

Jacek Skolimowski

krytyk muzyczny

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.