Inukszuk prowadzi do złota
Igrzyska olimpijskie to wydarzenie wielokulturowe. To dlatego tak bardzo pasują do Vancouver. Nawet jeśli w samym środku zimy zdarzy się, że nie mają tutaj śniegu
Przyznam, że przed wizytą w Vancouver nie mogłem się opędzić od myśli o naszym rodaku Robercie Dziekańskim, który dwa i pół roku temu został porażony paralizatorem przez lokalne służby porządkowe. Tuż po moim przyjeździe czołówki miejscowych gazet wypełniał kolejny skandal, gdy policja przez pomyłkę pobiła chińskiego emigranta. Wydawać by się mogło, że trafiamy do niechętnej przybyszom krainy. Nic podobnego. Ludzie na ulicach są serdeczni i przyjaźnie nastawieni.
Wystarczy chwila wahania na skrzyżowaniu i już kilka osób pyta, czy przypadkiem się nie zgubiliśmy. Turystów witają chętnie w barach i restauracjach. Nawet w nie najbardziej reprezentacyjnych dzielnicach miasta. Vancouver powstało przecież dzięki emigrantom.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy na ulicach miasta, jest wielorasowość. Więcej niż w innych miastach znajdziemy Azjatów - Japończyków, Koreańczyków, Chińczyków. Tutejsze Chinatown, choć nie tak imponujące jak choćby w San Francisco, jest odrębne kulturowo. Przez moment mogłem poczuć się niemal jak na ulicach Pekinu (poprzedniego gospodarza igrzysk letnich). A na pewno tak poczuli się uczestnicy igrzysk, gdy od niedzieli 14 lutego świętowany był tutaj chiński Nowy Rok.
Na rogu ulic Keffer i Carral znajdziemy prawdziwą oazę wytchnienia. To Klasyczny Chiński Ogród im. Sun Jat Sena. To pierwszy poza Chinami tego typu obiekt zbudowany w stylu dynastii Ming.
Imię jednego z pierwszych rewolucjonistów chińskich nosi nie przez przypadek. W czasie wygnania na przełomie XIX i XX wieku przywódca kilka razy odwiedzał kanadyjskie miasto w poszukiwaniu funduszy na powstanie.
Chińska enklawa była tu wtedy dość liczna. Na tyle, że w czasie pierwszych dwudziestowiecznych kryzysów podnosiły się przeciw nim rozruchy imigrantów europejskich. Władze brytyjskie (wtedy Kanada była brytyjskim dominium) wypłacały nawet odszkodowania ofiarom ulicznych starć. Jakież ich jednak było zdziwienie, gdy część przedsiębiorców przedstawiło rachunki za... składy opium.
Te tradycje pozostają w okolicy do dziś. Wprawdzie sam obszar Chinatown jest bezpieczny, ale wystarczy przejść jedną ulicę na północ, aby znaleźć się wśród ludzi o błędnym wzroku i niebudzącym zaufania wyglądzie. O dziwo jest to tuż obok lokalnego Muzeum... Policji. Sama ekspozycja jest dość archaicznie przedstawiona: dowody zbrodni, fałszerstw i oszustw bukmacherskich bardziej w klimacie "Żądła" niż naszej automatowej afery hazardowej.
Za to przejść tędy trzeba, gdyż dojdziemy do najstarszej części miasta Gastown. Tu już królują budynki z czerwonej cegły pamiętające czasy, gdy dotarła do miasta Kolej Transkanadyjska łącząca Pacyfik z Montrealem. Pełno tu klubów nocnych i pubów. Niektóre lokale szczycą się działalnością (podziemną) w czasach prohibicji. Teraz mimo zakazu palenia w środku w weekendy potrafią stać kilkudziesięciometrowe kolejki do wejścia.
Centralnym punktem tej części miasta jest pomnik Jacka "Gassy" Deightona. Jego bar i wielki klon przed nim stojący był centralnym punktem nowo powstałego miasta. Pod tym klonem radcy miejscy ustalili pewnej niedzieli nazwę miasta na Vancouver, na cześć jednego z kapitanów badających te wody.
Ewenementem jest też... zegar parowy przypominający o złotym okresie rozwoju miasta. Parowe świszczałki wygrywają kwadranse i godziny i tylko od czasu do czasu odpowie mu syrena potężnej północnoamerykańskiej lokomotywy z leżącej tuż obok stacji przeładunkowej.
Kto jednak nie chce wysyłać cargo nad Atlantyk, ten skorzysta z dobrodziejstwa zwykłej kolejki miejskiej. No, może nie do końca zwykłej. Oddana tuż przed igrzyskami łączy lotnisko z centrum miasta. I łączy w sposób absolutnie bezzałogowy. Można sobie usiąść na miejscu przeznaczonym dla maszynisty i obserwować drogę. Prawda, że przez dłuższy czas jedziemy tunelem, ale wyjazd na powierzchnię też robi wrażenie. Canada Line to jedna z inwestycji zmieniających oblicze miasta w związku z igrzyskami.
Poprzednimi były budynki przygotowane na Expo ćwierć wieku temu. Prócz Chińskiego Ogrodu są to m.in. Canada Place czy Telus Science World położony przy False Creek. Zaniedbane nieco do tej pory południowe centrum uzupełniła wioska olimpijska.
Choć tak naprawdę wioski są dwie. Vancouver to "tylko" sporty rozgrywane w hali i słynna już góra Cypress. Tak naprawdę to od Whistler zaczęła się idea zimowych igrzysk olimpijskich w tym rejonie.
Whistler jak na warunki kanadyjskie jest rzeczywiście blisko Vancouver (tylko 120 km). Cała Kolumbia Brytyjska jest wielkości Francji, Niemiec i Holandii na dokładkę. Ale to właśnie w Whistler po kalifornijskiej olimpiadzie w Squaw Valley miejscowi zadali sobie pytanie - dlaczego by nie u nas? Wtedy jeszcze okolice wioski nazywano od jeziora Alta Lake’a głównym zajęciem mieszkańców było łowienie ryb. Wioska znajdowała się kiedyś na lądowym szlaku najsłynniejszej gorączki złota, jaka wybuchła w Klondike - daleko na północy Kanady. Góra, na której odbędą się olimpijskie slalomy giganty, w owym czasie nazywała się London. Jednak ponieważ cały czas słychać było tam świstaki, przemianowano ją na Whistler. W sześć lat po amerykańskich igrzyskach ośrodek przyjął pierwszych narciarzy.
Śniegu tu nie brakuje, ale białe szaleństwo jest tutaj zabawą dla bogaczy. Jednodniowy skipass przewyższa ceną nawet najdroższe francuskie kurorty. Przyznać jednak trzeba, że trasy są dobrze przygotowane. W przeciwieństwie do Alp jest tu niewiele kolejek, ale na każdą przypada nawet kilka tras, wariantów i odnóg, co jest przyjęte w ośrodkach Ameryki Północnej. Nic dziwnego, że kto jest tu pierwszy raz, może czuć się oszołomiony.
Dlatego warto wybrać się na darmową (czy raczej wliczoną w cenę karnetu) wycieczkę wyruszającą z głównych górnych stacji kolejek linowych. Zaczynamy od wjazdu na Whistler, gdzie pokryty śniegiem stoi ogromny inukszuk. To kamienny drogowskaz Inuitów, czyli Eskimosów, pierwszych mieszkańców amerykańskiej Północy. Zwykle to niewielka kupka kamieni przypominająca małego ludzika. Setki ustawionych inukszuków znajdziemy w Vancouver wokół False Creek. Symbol pojawia się też w logo olimpiady obok kółek i oficjalnych maskotek. Cały teren należał pierwotnie do indiańskiego plemienia Squamish. Stosowne muzeum kultury możemy zwiedzić po zjechaniu do kurortu.
Obok góry Whistler jest też bliźniaczo podobna Blackcomb. Między nimi na wysokości ok. 500 metrów nad ziemią poprowadzono najdłuższą kolejkę linową świata (4,4 km), trzymającą się na zaledwie czterech wspornikach, umieszczonych blisko siebie, więc większość z 11 minut drogi przebywamy, wisząc nad doliną. Nie mniej emocjonująco brzmi informacja, że wokół tras narciarskich - a raczej pod nimi - jest legowisko 30 niedźwiadków.
Teraz dopiero uświadamiam sobie sens istnienia "niedźwiedzioodpornych" pojemników rozmieszczonych w okolicy. Na szczęście od 3 do 10 metrów leżącego teraz śniegu powinno zapewnić misiom spokojny sen.
@RY1@i02/2010/035/i02.2010.035.184.0005.001.jpg@RY2@
Fot. FABRICE COFFRINI/AFP
Miasto przeżywa dziś olimpijską gorączkę, ale zarówno od święta, jak i na co dzień mieszkańcy z życzliwością odnoszą się do przyjezdnych: "People are friendly. This is Vancouver!"
Mieczysław Pawłowicz
@RY1@i02/2010/035/i02.2010.035.184.0005.002.jpg@RY2@
Państwo:
Region:
Waluta:
@RY1@i02/2010/035/i02.2010.035.184.0005.003.jpg@RY2@
Nie ma bezpośrednich połączeń z Polski. Jeśli lecimy LOT-em, odprawę celno-paszportową musimy przejść w Toronto.
Średnie ceny (bez podatku)
Nocleg w tanim hostelu -
śniadanie w kawiarni -
świeża ryba z frytkami w smażalni -
piwo w pubie -
butelka whisky -
karnet narciarski -
wypożyczenie sprzętu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu