Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

W krystalicznym powietrzu

28 czerwca 2018

Gorce zimą to idealne miejsce dla miłośników wędrówek i widoków. Szczególne wrażenie robią wschody słońca z oceanu mgieł. Ale pamiętajmy przy tym, że trzeba mierzyć siły na zamiary

Wybieram się na "wyrypę" narciarską, jak dawniej mawiało się na Podhalu. W planie mam przejście czerwonym szlakiem z Rabki przez Maciejową i Stare Wierchy na Turbacz (1310 m n.p.m.). Stamtąd zejdę na południe do Nowego Targu. To klasyczna trasa gorczańska latem. Przemierzają ją rzesze turystów. Ale ja idę w nią mroźnym styczniowym porankiem.

Ruszam z okolic parku zdrojowego w centrum Rabki. Narty taszczę pod pachą. Na chodnikach zalega tylko cienka warstwa zalodzonego śniegu. Teraz na pewno spotkam mniej wędrowców, ale czekają mnie liczniejsze niespodzianki niż latem. Pomiędzy sanatoriami przemykam do góry ulicą Równą. Narty nakładam zaraz za ostatnimi zabudowaniami.

Mknę ramieniem wznoszącym się jednostajnie w stronę Maciejowej - pierwszego przystanku na mojej trasie. Dawno tu nie padało, szlak jest przetarty. Jest -10 stopni, możliwe, że nastąpiła inwersja. Dolina Raby cała we mgle. Wznosząc się, stopniowo wychodzę z szarych kłębów skondensowanej pary wodnej. Jest szansa, że zobaczę Tatry. Nosi mnie wprost z ekscytacji i niepokoju - panorama Tatr z Turbacza uważana jest za jedną z najpiękniejszych widzianych z Beskidów.

Zjawisko inwersji można rozpoznać po tym, że zimą przy niskich temperaturach powietrze w dole to zawiesina mgły, która opada jako cięższa. Wierchy są zatem opromienione słońcem i notują temperaturę wyższą niż w dolinach, czasem o kilkanaście stopni. A przy tym jest to uczta fotograficzna. Morze mgieł, z którego, jak wyspy, wyłaniają się wierzchołki gór, jest niezapomnianym widokiem.

Z Rabki na Maciejową czeka mnie godzina drogi. Po drodze znajdują się aż trzy schroniska. Pierwsze właśnie na Maciejowej.

Wybierając się w góry zimą, warto mierzyć siły na zamiary. Tak, żeby po drodze były schroniska, gdzie możemy odpocząć.

Dzisiaj idzie mi się wybornie. Śniegu jest około 30 cm. Przede mną trasę przetarły skutery śnieżne. Ale nie zapominam, że śnieg potrafi być silnym przeciwnikiem. Kiedy opady są intensywne, a trasa nieprzetarta, zmaganie ze śniegiem może być mordercze. Nogi zapadają się czasem i po udo. A wyciągnięcie zapadniętej nogi oznacza dodatkowy wysiłek. Zazwyczaj przyjmuje się, że w terenie górskim taki sam odcinek pokonywany zimą zabiera nam ponad dwa razy tyle czasu co latem. Na przykład na trasę, którą latem przemierzamy w dwie godziny, w styczniu czy lutym musimy zarezerwować cztery.

Nie może nas to zniechęcić do łazikowania po górach. Po prostu weźmy narty lub popularne rakiety śnieżne i w drogę! Mając na nogach taki sprzęt, nie zapadamy się w śnieg. A na nartach podczas zjazdów jesteśmy nawet trzy razy szybsi niż latem.

Jeśli nie mamy nart, również nie rezygnujmy z wycieczek. Wybierajmy krótsze trasy. Poczekajmy kilka dni po świeżym opadzie, aż szlaki będą przetarte. Te do schronisk zazwyczaj są przetarte, gdyż gospodarze dowożą nimi prowiant.

Na Maciejowej w kameralnej i ogrzewanej bacówce wypoczywam przy kominku w sali jadalnianej. Nie ma tu żadnego turysty. W kącie jeszcze stoi świąteczna choinka. Jest cicho i czysto. Na zewnątrz przez mgłę przebija słońce.

Teraz podejście "staje dęba". Odcinek na Stare Wierchy prowadzi lasem szpilkowym bystro do góry. Narty, które mi do tej pory pomagały, teraz ślizgają się. Rozglądam się dookoła podczas krótkiego odpoczynku. Drzewa pokryte śniegiem wyglądają baśniowo. Surowa cisza, tak przejmująca, że aż kłuje w uszach.

Po godzinie marszu docieram do polany, na której stoi schronisko Stare Wierchy. I tu kolejna niespodzianka. Gdy wynurzam się z resztek mgły, na południu wyłaniają się Tatry. Olśniewający widok po prostu wbija mnie w ziemię. Stoję i pochłaniam zjawiskowy krajobraz. 800 metrów poniżej faluje morze mgieł, a z niego wyrastają ku niebu ostre zęby tatrzańskich turni. Dla tej panoramy warto było ponieść trudy wędrówki i dojmujący mróz!

Odpoczywam chwilę w schronisku. Zimą dzień krótki, a drogi przede mną jeszcze kawał. Na Turbacz stąd jest 12 km, ciągle pod górę. Początkowo marzyłem, że uda mi się jeszcze dzisiaj zjechać do Kowańca u południowych stoków Gorców. Ale jest godz. 14 i wiem, że się to mi nie uda. Czeka mnie nocleg w "Turbolocie", jak w żargonie turystycznym określa się hotel górski pod Turbaczem.

Następnego dnia na dobre ściągam narty i przytraczam je do plecaka. Kijki pozostawiam w rękach. Śniegu jest mało, a do tego jeszcze jest rozjechany. Narciarz zjeżdżający z Turbacza wykonuje na nartach śladowych ekwilibrystyczne ewolucje, jakich nie powstydziłby się gimnastyk sportowy.

Rozmawiam chwilę z pieszym wędrowcem, który akurat urządził sobie wycieczkę od drugiej strony Gorców. Wspiął się na Turbacz z Nowego Targu i zjeżdża do Rabki. Wybrał wariant bardziej logiczny. Południowy stok Turbacza jest bardziej stromy, natomiast zjazd na północ jest długi i raczej łagodny.

Pokonuję las świerkowy i jestem na Obidowcu (1106 m n.p.m.). Tu łapie mnie zachód słońca. Zatrzymuję się na środku hali górskiej zawalonej śniegiem i uwieczniam te kilka wyjątkowych minut na matrycy aparatu fotograficznego. Niebo przyjmuje kolor dojrzałej pomarańczy, który stopniowo przechodzi w liliowy. Szczyty gór płoną ogniem zachodzącego dziennego światła. To niemożliwe! Ale widzę to na własne oczy: śnieg koło mnie staje się fioletowy.

Patrzę na północ. Mogielica (1171 m n.p.m.) i bliższy Ćwilin (1072 m n.p.m.) w Beskidzie Wyspowym toną w półmroku zanurzone po szyję w mleku mgieł. Jedynie wierzchołki wystają. Stoję jak wmurowany w ziemię i nie zwracam uwagi na nieubłaganie uciekający czas. Dojdę na Turbacz na pewno po ciemku.

Zasuwam pospiesznie w kierunku szczytu. Na Turbacz według drogowskazu mam jeszcze 45 minut. Na szczęście znam szlak z lata, więc nie martwię się zbytnio o prawidłową orientację. Ślad jest dość wyraźny, a noc zimą nie taka mroczna. Mimo to na polanę pod Turbaczem dochodzę podręcznikowo, to znaczy w ciągu godziny. Czarna noc ogarnęła ziemię, za to wspaniale skrzą się gwiazdy na niebie.

Zupełnie padnięty dobijam do schroniska. Niemal na siłę wpycham w siebie jajecznicę, potem dochodzę na chwiejnych nogach do pokoju i natychmiast zasypiam na pryczy kamiennym snem.

Rankiem budzę się tak połamany, że nie bardzo chce mi się wstać. Bolą mnie wszystkie mięśnie, które tak intensywnie pracowały wczoraj na podejściu. Ale wyglądam przez okno i momentalnie staję do pionu. Akurat do okna dobija się świt.

Zrywam się, biorę aparat i wychodzę, żeby sfotografować wschód słońca. Tatry wyłaniają się z półmroku. Po chwili mgła z szarej przemienia się w mlecznobiałą. W końcu zza grani Pienin powoli i dostojnie wyłania się pomarańczowa kula.

Schodzę żółtym szlakiem przez Wisielówkę koło kaplicy. To tutaj rokrocznie w pierwszą niedzielę sierpnia ksiądz profesor Józef Tischner odprawiał mszę za ojczyznę. Zbierali się tu ci, którzy jeszcze pod koniec lat 80. byli wyklęci przez oficjalną historię: żołnierze oddziału "Ognia", majora Józefa Kurasia. Dzisiaj na tym miejscu stoi kaplica. Ksiądz Tischner nie żyje, ale msze odbywają się tutaj dalej latem.

Widoczność dzisiaj jest również pierwszorzędna jak i wczoraj. Widok Babiej Góry przyprószonej białym lukrem towarzyszy mi aż do zakrętu na Kowaniec, dzielnicę Nowego Targu.

@RY1@i02/2010/030/i02.2010.030.184.0002.001.jpg@RY2@

Renata i Marek Kosińscy

Panoramiczny widok tatrzańskich wierchów ze stoków Turbacza

Grzegorz Petryszak

Wiele jest argumentów wysuwanych przeciw pieszej turystyce zimowej. A to, że jest zimno, a to, że szlaki są zasypane czy niedostępne. Puśćmy je mimo uszu i wybierzmy się na krótką choćby wycieczkę, zobaczmy, jak to jest naprawdę w górach. Jeśli zimą jest zimno, to wystarczy się cieplej ubrać; sklepy sportowe pełne są wysokiej jakości odzieży turystycznej. A w styczniu organizowane są wyprzedaże. Nie warto się przejmować malkontentami. Trzeba tylko zachowywać się z rozsądkiem.

Beskidy czy Gorce bywają nazywane lekceważąco "kapuścianymi górami". Nie odznaczające się skalnymi ścianami i groźbą lawin jak Tatry, wydają się bezpieczne. Powszechnie uważa się, że bez problemu można urządzać wycieczki zimą na Babią Górę czy Radziejową. I to prawda. Niemniej jednak coroczne wypadki upewniają nas, że trzeba zachować kilka podstawowych zasad, by bezpiecznie w Beskidach wędrować:

1. Ubierz się odpowiednio. Zaopatrz się w odzież turystyczną dobrej jakości. Miej w plecaku zapasowy polar i podkoszulek oddychający. Zawsze możesz włożyć dodatkową warstwę ocieplającą na siebie, a wilgotny podkoszulek przebrać w schronisku. Nie zapomnij zabrać stuptutów. Chronią przed śniegiem.

2. Przed wyjściem w góry zawsze sprawdź prognozy pogody i zapisz w telefonie numer do GOPR. Na wycieczkę wybierz się, kiedy jesteś pewien, że pogoda będzie stabilna.

3. Staraj się wybrać trasę tak, by przy szlaku było schronisko. Przed wyjściem zadzwoń i zapytaj, czy dojście jest odśnieżone.

4. Staraj się na początek wybierać trasy, które znasz z lata. To ci ułatwi orientację, kiedy znaki na szlaku będą zasypane.

5. Nie wychodź w góry dzień lub dwa po świeżych opadach śniegu, chyba że masz pewność, że szlak jest przetarty.

6. Wybieraj trasy na swoje siły. Pamiętaj, że ten sam odcinek letni pokonany zimą zajmie ci co najmniej dwa razy więcej czasu.

7. Kiedy wiesz, że obrana trasa jest dla Ciebie za trudna, nie zawahaj się przed powrotem. Oszczędzisz sobie wiele problemów.

8. Stosuj się do powyższych zasad, okaż pokorę wobec gór, a one pokażą ci swoje piękno.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.