Jeśli teraz mi się nie uda, nie wrócę już do sportu
Doktor Śmigielski, który mnie operował, mówi same pozytywne rzeczy, tylko ja tego jeszcze nie odczuwam. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wrócę do treningów w kwietniu, a w zawodach - tych niższej rangi, i mam nadzieję międzynarodowych - chciałbym wystartować w drugiej połowie roku. Żeby wrócić do życiowej formy, będę potrzebował roku.
Po pierwszej operacji wystąpiły pewne powikłania, których przyczyny bezskutecznie szukaliśmy podczas drugiego zabiegu. Teraz jestem w trakcie rehabilitacji, od kilku miesięcy ćwiczę wiele godzin dziennie i jeszcze miesiące pracy przede mną. Mam na nodze 20-centymetrową bliznę, a w środku zrosty. Więzadło właściwe rzepki przyrosło do piszczeli na zbyt dużym odcinku. Podczas zabiegu zostało uwolnione, ale zrobiło się sztywne, zmieniło strukturę. Trzeba je rozciągnąć, rozruszać przez napinanie mięśni, stymulację...
Nie wiem tylko, czy mam się z tego cieszyć, czy płakać. Miałem już tyle kontuzji, że nauczyłem się anatomii na własnym przykładzie.
Zwątpienia nie było, jedynie kalkulacje, czy to jest jeszcze możliwe. Nie musiałem się specjalnie motywować, bo nikt nigdy nie powiedział mi wprost: wrócisz do sportu za trzy lata. Mówili: dwa tygodnie, kilka miesięcy. Czekałem, za każdym razem miałem nadzieję, że to już, że to właśnie teraz. Dopiero ostatnio usłyszałem, że wszystko potrwa dziewięć miesięcy. I wiem, że jeśli nie uda się wrócić po tym czasie, to będę praktycznie bez szans, nie będę już dźwigał. Byłoby to przykre, ale są większe tragedie.
Jestem w zarządzie PZPC, ale marny ze mnie działacz - jedni siedzą na stołkach, ja na stołach operacyjnych. Przyjrzałem się pracy związku i stwierdziłem, że niewiele mogę zrobić. Jakoś to wszystko działa, choć jest dużo do poprawienia. Pole do popisu będzie, bo powstała komisja do spraw promocji, którą wraz z kolegami będziemy się starali rozkręcić. Podstawowe sprawy związek ciężarowcom zapewnia, ale dzisiejszy sport nie może się opierać na podstawach. Ludzie muszą mieć z czego żyć także po zakończeniu kariery.
Radzę sobie. Prowadzimy z żoną fitness cluby, mamy sklep jubilerski. Chcemy też stworzyć centrum sportowe w Ciechanowie. Kupiliśmy pod tę działalność nieruchomość. Chyba nie będę musiał się martwić o to, by starczyło na życie mnie i moim dzieciom. Ale inni ciężarowcy, którzy poświęcili dla sportu swoją młodość i często zdrowie? Po zakończeniu kariery muszą się zastanawiać, jak przeżyć, choć trenowali sumiennie. Pod tym względem trochę zazdrościmy piłkarzom - niewiele się narobią, a zarabiają duże pieniądze i zainteresowanie ich dyscypliną jest bardzo duże.
Mam podobne zdanie. To często lenie, alkoholicy, hazardziści, aktorzy udający piłkarzy. Pograli 2 - 3 sezony, ktoś trafił im piłką w głowę, strzelili kilka bramek i ustawili się do końca życia. Oczywiście trochę generalizuję, bo są i tacy, których można pochwalić, w dodatku trochę mi ich żal, bo często wychodzą z piłki z nałogami, trwonią pieniądze. Złe wychowanie w klubach powoduje zmanierowanie, nieumiejętność opanowania dużych przychodów. Znam piłkarzy bez rodzin i zobowiązań, którym nie starcza pieniędzy do końca miesiąca.
Gdybym potrafił powściągnąć język, to pewnie parę ścieżek bym w życiu wydeptał, ale ja takich układów nie chcę. Zawsze wychodzę z twarzą, nikogo, nawet tych, z którymi walczę, niekoniecznie w sporcie, nie oszukuję. Może to nie jest najlepsza taktyka, ale w oczy mówię, co zamierzam zrobić.
Sam konfliktów nie szukam, ale popadam w nie, bo nie dopuszczam nieprawidłowości. Zawsze je wytknę. Jeśli już popadam z kimś w konflikt, jest to dokładnie przemyślane.
Nie potwierdzam, nie zaprzeczam (śmiech). Ja wcale nie jeżdżę szybko, to przepisy są niedostosowane. Najgorzej jest jak 300 metrów przed wioską stoi ograniczenie do 50 km/h, a droga nadal jest szeroka na dwa pasy. Zero drzew, można swobodnie jechać dziewięćdziesiątką, wtem wyskakuje policjant i dostaję 8 punktów, a jeszcze się do zabudowań nie zbliżyłem. Nie uważam siebie za pirata drogowego.
Lubię powędkować, chciałbym kupić mały domek na Mazurach. I powalczyć w MMA.
Nie mówię o jakiejś wielkiej walce z niewiadomo kim, ale jeżeli zaproponowano by mi walkę pokazową z innym człowiekiem, który nie żyje z tego sportu, na pewno podjąłbym rękawicę. Mogę zdradzić, że dostałem nawet e-mailem ofertę walki z zawodnikiem sumo, bardzo mi pochlebiła (śmiech). Na razie jednak odmawiam - jestem sztangistą i chcę jechać na olimpiadę do Londynu, ale potem chętnie.
Dlaczego? Bo kopie się leżącego? Nie przyjmuję tego. Sport to rywalizacja na określonych zasadach i w MMA takie zasady są, jest także wysiłek fizyczny. W takim razie spierajmy się, czy na przykład szachy, brydż i motocross to są sporty. Wszystko jest kwestią definicji.
Anita Włodarczyk, Piotrek Małachowski - ogólnie start polskich lekkoatletów w Berlinie zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Tomek Adamek w walce z Andrzejem Gołotą - myślałem, że zmiana przez niego kategorii na ciężką to jednorazowy incydent, a teraz uważam, że Tomek może wkrótce walczyć z braćmi Kliczko. Tylko wyjątkowy nieurodzaj w ciężkiej spowodował, że są mistrzami. No i na koniec nasza piłkarska kadra. Blamaże z Irlandią Północną, Słowenią, Słowacją to jak trzy pioruny.
Tak, tak, Smuda sprawi cuda. Podobno ma w kontrakcie zakaz krytykowania PZPN, a działacze nie mogą krytykować Smudy. Za takie jaja to ja dziękuję. Dziwię się Smudzie, że zgodził się na coś takiego.
Z polityką nie chcę mieć nic wspólnego. Żaden z polskich polityków nie robi na mnie większego wrażenia. Jest coś w powiedzeniu, że ufa się dzieciom i osobom do trzydziestki. Potem ludzie uczą się kłamać.
Jasne, że każdy odpowie "nie". Najważniejsze, że ja wiem, że nie kręcę. Jestem leniwy i zakładam, że będę leniwy, więc ciężko pracuję, by potem móc samemu dysponować swoim czasem. Z całym szacunkiem dla ciężko pracujących - żeby nie podbijać karty o 8 i 16 w fabryce azbestu. Zacząłem też po raz czwarty studia i, o dziwo, nawet przyjeżdżam na zajęcia (śmiech).
Nie należy do moich ulubionych miejsc, ale żeby było jasne - nie ze względu na mieszkańców, architekturę czy historię, bo przeciwnie, cenię ją. Denerwują mnie jedynie korki. Stojąc w nich, przeklinam kolejnych prezydentów Warszawy. No dobrze, na panią Hannę jeszcze mi się nie zdarzyło powiedzieć złego słowa.
Zdecydowanie. Chętnie wracam do rodzinnego Wierzbna. W takich miejscach łatwiej wyprodukować sportowca. Dzieciaki mają mniej pokus, nie wszędzie dotarły zabijający czas internet czy narkotyki. Ja w szkole tylko raz poszedłem na wagary. Od razu mama i tata wiedzieli. W mieście dzieciak może się napić i wytrzeźwieć, nim rodzice to zauważą.
Braku czasu. Przez 8 lat małżeństwa tylko raz z żoną i dziećmi byliśmy na prawdziwych wakacjach. Staram się zabierać ich na zawody, posiedzieć kilka dni na plaży, żeby i oni mieli z tego jakąś radość. Syn ma osiem lat, chciałby trenować, ale na razie nie mam dla niego odpowiedniego trenera. Szkoleniowców z Ciechanowa nie uważam niestety za na tyle odpowiedzialnych, by im powierzyć swoje dziecko. Może w końcu ja będę miał dla niego więcej czasu.
@RY1@i02/2010/006/i02.2010.006.000.0018.101.jpg@RY2@
Szymon Kołecki
Fot. Marek Biczyk/Newspix.pl
sztangista, dwukrotny srebrny medalista olimpijski z Sydney 2000 i Pekinu 2008. Podczas igrzysk w Chinach ogolił głowę na znak protestu przeciw łamaniu praw człowieka w Tybecie. Srebro w Pekinie wywalczył mimo kontuzji kolana, od tego czasu przeszedł trzy operacje, ale wciąż zmaga się z urazem. Zamierza wrócić do życiowej formy na igrzyska w Londynie 2012
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu