Innsbruck: śnieg, zabytki i hale kongresowe w jednym
Zazdroszczę mieszkańcom Innsbrucku. Nawet w godzinach szczytu dojadą na stok narciarski szybciej, niż mieszkaniec dużego miasta w Polsce wyjedzie z centrum. A w dodatku już zaczęli sezon....
Korki oczywiście zdarzają się i tutaj. Ale nie dotyczą one narciarzy. Na stoki Nordkette położone - jak sama nazwa wskazuje - na północ od miasta dojedziemy nowoczesną kolejką startującą wprost z centrum. Tuż obok znajdują się najważniejsze zabytki i hale kongresowe, więc często odprasowani biznesmeni w garniturach mieszają się z ubranymi w kombinezony narciarzami i snowboardzistami. To najczęściej miejscowi amatorzy białego szaleństwa. Ośrodek Nordkette jest stosunkowo niewielki i dość trudny jak dla początkujących. Dlatego turyści ruszają na południe.
Tu też korki nam nie grożą. Wszystko dlatego, że do doliny Stubai możemy dojechać... tramwajem. Taka jest oficjalna nazwa pojazdu obsługiwanego przez miejscowe przedsiębiorstwo komunikacyjne, choć nie różni się on tak naprawdę od pociągu. Dość szybko mijamy ostatnie zabudowania miasta, a pociąg (także droga) skręca na zachód z głównej trasy prowadzącej przez przełęcz Brennero. Przed nami dolina "śnieżnego królestwa". To największy lodowcowy obszar narciarski w Austrii, a jednocześnie jeden z najbardziej dostępnych. Podróż z centrum Innsbrucku trwa mniej niż godzinę. A jeśli początkujący narciarze na dźwięk słowa "lodowiec" dostają dreszczy, to muszę ich uspokoić. Ten lodowiec jest dziecinnie łatwy. Powyżej 2900 m n.p.m. większość tras jest oznaczona kolorem niebieskim, czyli są najłatwiejsze. Dadzą tu sobie radę nie tylko początkujący. Nawet jeśli ktoś się wcześniej zraził do jazdy na nartach, to tu jest idealne miejsce na drugą szansę. Lekkie, łatwe, przyjemne i wyśmienicie przygotowane trasy pozwolą nowicjuszom złapać bakcyla. Jeśli nie, to rzeczywiście delikwent powinien zająć się innym sposobem spędzania wolnego czasu.
Nawet jeśli nie jeździmy na nartach, powinniśmy wjechać na samą górę. U stóp Schaufellspitze (3333 m n.p.m.) znajduje się najwyżej położona restauracja austriacka. Jochdohle leży na wysokości 3150 metrów n.p.m. Jej dość futurystyczna konstrukcja jest tak wkomponowana w otaczające ją skały, że może być podnoszona w zależności od ilości śniegu. Aż trudno uwierzyć, że utrzymuje się go na tej przełęczy aż tyle, by trzeba było użyć wymyślnej konstrukcji. Przyznam, że o wiele bardziej odpowiadał mi klimat leżącego tysiąc metrów niżej kamiennego Dresdner Hutte (gdzie można też przenocować za 19,50 euro, członkowie Alpenverein za 14,50). Jednak wiatr hulał tak, że nawet nie było wiele czasu na podziwianie ponad setki szczytów trzytysięcznych i trzeba było się schronić w UFO ze szkła i aluminium. Na szczęście w restauracji rozgrzaliśmy się sznapsem, mając miłą świadomość, że degustujemy miejscowy specjał pół kilometra wyżej, niż leżą nasze Rysy.
Szkoda jednak tracić cenny czas na biesiadę w ciągu dnia. Na to przyjdzie czas wieczorem. Tutejsze trasy, a jest ich 110 km, są nie tylko dla początkujących i można się nieźle rozgrzać także na stoku. Gwarancja śniegu od października do maja sprawia, że przyjeżdża tu wiele reprezentacji narodowych, aby potrenować przed ważnymi zawodami. Przez pewien czas tutaj ćwiczył słynny amerykański narciarz Bode Miller. Odbył się też festiwal telemarku. Staromodna jazda z przyklękaniem na kolano przyciąga coraz więcej zwolenników. W okolicy Gamsgarten znajdziemy świetnie przygotowaną trasę pod narty biegowe. Tam też znajduje się najdłuższy, dziesięciokilometrowy zjazd do stacji początkowej w Mutterbergu - Wilde Grub’n. Trzeba jednak na nim uważać, i to podwójnie. Ze względu na zagrożenie lawinowe trasa bywa zamykana. Czasem odbywa się tam kontrolowane zejście lawiny. Przejazd przez lawinisko, choć wyratrakowany, dostarcza wielu emocji i mimo woli przyspieszamy w odkrytym rejonie. Dlatego trzeba uważać na amatorów skitouru. Mają tu oni wyznaczoną trasę, którą podchodzą na nartach z fokami, za nic sobie mając doskonały system 25 wyciągów i kolejek.
Wszyscy sportowcy łaskawiej patrzą na dolinę od czasu ostatniego Euro. Tu mieszkała reprezentacja Hiszpanii w czasie ostatniego czempionatu w piłce nożnej. Miejscowi po odpadnięciu z gry kibicowali więc Casillasowi i Torresowi - późniejszym mistrzom Europy. Może więc Bogdan Wenta też zabierze tu naszych szczypiornistów przed turniejem mistrzowskim. Nasi reprezentanci również w styczniu jak Hiszpanie - będą grali w Innsbrucku.
@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0007.001.jpg@RY2@
Znakomicie przygotowane trasy pozwalają bezpiecznie poszaleć
Mieczysław Pawłowicz
@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0007.002.jpg@RY2@
Miejscowe specjały kulinarne serwują także na stokach
Bildagentur Huber/R. Schmid
Mieczysław Pawłowicz
@RY1@i02/2010/005/i02.2010.005.184.0007.003.jpg@RY2@
Mapa
Oprócz podróży samochodem najwygodniejsze jest połączenie kolejowe. Choć z Wiednia do Innsbrucku jest 570 km, to pociąg jedzie niecałe 5 godzin. Bilet kosztuje 54,30 euro. Bilety można kupić w kasach Waastels
Sześciodniowy karnet kosztuje 180 euro dla tych, którzy nocują w dolinie Stubai i mają tzw. kartę gościa.
Od 11 do 29 stycznia w cenie są także wejściówki na baseny w Neustift i Fulpmes. . Pełen cennik na stronie:
Komu nie wystarczy jeden Stubai, może kupić karnet na pięć tyrolskich lodowców. Za 10 dni jazdy zapłaci 305 euro.
Pakiety obejmujące zakwaterowanie w pensjonatach ze śniadaniami i skipasem znajdziemy już od 399 euro. Trzygwiazdkowy hotel z wyżywieniem (śniadanie i obiadokolacja) to wydatek 577 euro. Nieco taniej jest od 11 do 29 stycznia. Noclegi w Innsbrucku zaczynają się od 17 euro za noc w schronisku i ok. 50 euro za pokój dwuosobowy. Więcej informacji i promocji znajdziemy na stronie:
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu