Bóg na sprzedaż
Jak Simon Bisley, jeden z niepokornych artystów komiksu, postanowił narysować Biblię
"Fucking Sunday". Pieprzona niedziela. Te słowa najczęściej słyszałem z ust Simona Bisleya, gdy spotkaliśmy się na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Niedzielne przedpołudnie chyba rzeczywiście nie było dla angielskiego rysownika zbyt udane - podobno imprezowanie dzień wcześniej skończył o trzeciej nad ranem (inne plotki mówiły nawet o siódmej). A jednak - choć z butelką flagowego produktu Kompanii Piwowarskiej w ręku - na wywiad stawił się punktualnie. Samo w sobie stanowiło to już sukces. Bisleyowi zdarza się na rozmowy nie przychodzić albo zrywać je już po pierwszym pytaniu. Potrafi też zbluzgać dziennikarza: za pytania zbyt głupie, zbyt naiwne albo zbyt wolno zadawane. O tak, wywiad z Bisleyem przypomina spacer po polu minowym bez wykrywacza metalu. A jednak byłem wśród tych dziennikarzy, którzy na rozmowę czekali niecierpliwie, świadomi czyhającego zagrożenia.
Żeby zrozumieć fenomen Bisleya, trzeba cofnąć się o dwadzieścia lat, gdy w Polsce wreszcie zaczęły ukazywać się amerykańskie komiksy. Wydawane przez oficynę TM-Semic początkowo nie były edytorskimi perełkami: fatalne tłumaczenia, kiepski druk na lichym papierze, a mimo to na kolejne zeszyty "Spider-Mana" czy "Batmana" czekało się z wypiekami na twarzy. Aż wreszcie nadszedł czas na propozycje nieco inne. Mroczna opowieść "Batman/Judge Dredd: Sąd nad Gotham" (wyd. 1993) pokazała czytelnikom komiksową sztukę z wyższej półki, opublikowany rok później "Lobo: Ostatni Czarnian" wywołał prawdziwy szał. Nazwisko Bisleya - bo to on był odpowiedzialny za oprawę graficzną obu albumów - stało się synonimem komiksowej jakości. Odkrywaliśmy więc jego kolejne dzieła: od okładek płyt grupy Danzig po komiksy o celtyckim herosie Slainie, które pod koniec lat 90. zaczęło publikować wydawnictwo Egmont. Nic więc dziwnego, że po autograf artysty ustawiały się w Łodzi gigantyczne kolejki.
Ja jednak nie miałem zamiaru rozmawiać z Bisleyem o heroicznych czasach Lobo, Slaine’a i Batmana. Choć spotkanie do łatwych nie należało. Rysownik co chwila zmieniał temat, pytał o obrazy wiszące na ścianach pokoju w Łódzkim Domu Kultury, gdzie rozmawialiśmy, o tatuaże albo o polskie piwo (choć z pewną jego ilością udało mu się już zaznajomić). Ja jednak uparcie postanowiłem naciągnąć go na zwierzenia dotyczące jego nowego dzieła (polską premierę miało kilka dni przed festiwalem) - czyli zbioru ilustracji biblijnych. Wybór zaskakujący jak na autora, którego dynamiczna kreska zdobiła przede wszystkim komiksy pełne przemocy i cynicznego czarnego humoru. - W biblii jest wszystko - mówi Bisley. - Przemoc, seks, zbrodnie, wojny. Pełne spektrum ludzkiego zwyrodnialstwa. Więc to nieprawda, że te ilustracje aż tak bardzo różnią się od komiksów, które wcześniej robiłem.
W albumie zatytułowanym po prostu "Biblia" rzeczywiście nie brakuje scen pełnych przemocy - trudno, żeby inne były zrodzone w pracowni Bisleya obrazy ukrzyżowania bądź rzezi niewiniątek. Ale większość prac zaskakuje subtelnością i emocjonalnym podejściem do tematu.
- Nawróciłeś się? - pytam Bisleya.
- Jestem niewierzący, ale moim zdaniem to pomaga przy takim projekcie, bo pozwala przeskoczyć pewne obyczajowe tabu. Pozwala myśleć o biblijnych wydarzeniach inaczej, dostrzec w szatanie człowieka, a w człowieku diabła.
W albumie odnajduję strony przedstawiające zwiastowanie Marii. Na trzech szkicach matka Jezusa ma odsłonięte piersi, w wersji ostatecznej ukryte pod szatą. - A jednak się cenzurujesz - mówię.
- Nie, ta wersja wydała mi się najlepsza. Spędziłem nad nią najwięcej czasu - mówi, pokazując archanioła Gabriela unoszącego się nad Marią niczym gęsty dym. - Zrobiłem modele z papier maché, ustawiałem je pod różnymi kątami, oświetlałem raz z przodu, raz z tyłu, wreszcie osiągnąłem pożądany efekt. Spójrz, szata anioła układa się w formę łona, nie potrzebowałem nagich piersi, by stworzyć metaforę macierzyństwa.
Wciąż jednak nie wiem, po co Bisleyowi Biblia. Czy chciał wywołać medialną burzę? A może zderzyć swój talent z malarską tradycją? - Nie chcę nikogo prowokować, po prostu wydaje mi się, że każdy, kto samego siebie określa jako artystę - a ja jestem artystą, nie mówię, że wybitnym, ale to jest moje źródło utrzymania - powinien z Biblią się zmierzyć. Namówił mnie do tego Kevin Eastman (wydawca magazynu "Metal Hammer" - przyp. red.) i to on przekonał mnie, że warto opublikować te obrazy w albumie. Jeszcze nie skończyłem pracy, "Biblia" nosi podtytuł "Work in progress" (w oryginalnym wydaniu - przyp. red.), wciąż robię nowe projekty, wciąż mam nowe pomysły. No i poza wszystkim robię to dla pieniędzy, nie ukrywam tego - te obrazy przynoszą mi całkiem spory dochód.
Bisley zawiesza głos i po chwili mówi coś zaskakującego.
- Czasami wydaje mi się, że bluźnię, rysuję Boga na sprzedaż.
- Jesteś ateistą.
- Ale jeśli się mylę, to czeka mnie za to kara. Ale może Bóg lubi artystów?
@RY1@i02/2011/252/i02.2011.252.196.024a.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/252/i02.2011.252.196.024a.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/252/i02.2011.252.196.024a.003.jpg@RY2@
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu