Najważniejsze to działać
Zainspirowała mnie Agnieszka Holland - mówi Jacek Petrycki, reżyser dokumentu "Moje zapiski z podziemia"
Jacek Petrycki: Ci, którzy pomyśleli, że warto zacząć rejestrować to, co dzieje się w Polsce, to byli ludzie na Zachodzie. Tu w kraju, zaraz po tym, jak wprowadzono stan wojenny, piliśmy wódkę, śpiewaliśmy pieśni patriotyczne i byliśmy smutni. Wiedzieliśmy, że kilku przywódców "Solidarności" nie dało się złapać i są w ukryciu, to nas oczywiście cieszyło. Ale impuls do działania przyszedł z zewnątrz. Agnieszka Holland, która znała mnie już wcześniej, pierwsza pomyślała, że należy przesłać mi sprzęt, abym mógł nagrywać to, co się dzieje. Nie na ulicach, tylko w podziemiu. Drugim takim impulsem była współpraca z zachodnimi korespondentami, którzy przyjeżdżali, aby opisywać ówczesną polską rzeczywistość, ale nie mogli nigdzie ruszyć się bez milicyjnego ogona. Dlatego od czasu do czasu dostawałem zlecenia od osób, które miały z nimi kontakt, i dostarczałem im na przykład scenki z podziemnej drukarni.
Marcel Łoziński i Bohdan Kosiński byli reżyserami, organizatorami. Ale ścisłego podziału zadań nie było. Zdarzało się, że Marcel kręcił sam, ale czasami też współpracował ze mną jako kierowca albo człowiek trzymający mikrofon na planie.
Agnieszka skontaktowała się ze swoją dawną koleżanką ze szkoły filmowej w Pradze, Zuzaną Bluh. Była to czechosłowacka dysydentka, Żydówka, deportowana do Londynu w 1969 roku. Miała brytyjski paszport i dzięki temu mogła przyjechać do Polski i przywieźć mi kamerę. Kursowała między Warszawą a Londynem trzy albo cztery razy, wwożąc czyste kasety i wywożąc zapełnione. Nagrania gromadziła u siebie w mieszkaniu, w pudłach pod tapczanem. Ponieważ znała polski, wszystkie opisała i zarchiwizowała. 99 procent tego, co znalazło się w filmie, pochodzi właśnie z archiwum Zuzany.
Ekipa niemal zawsze była dwuosobowa, ponieważ należało minimalizować liczbę ludzi, którzy mogliby ewentualnie zostać złapani. Poza tym charakteryzowałem swoich bohaterów, doklejałem im sztuczne brody i wąsy. Wiktor Kulerski nie zgodził się pokazać twarzy, zasłania się na nagraniu własnym listem gończym. Motywem tych działań była nie tyle troska o własne bezpieczeństwo - dla moich bohaterów było ono kwestią całkowicie drugorzędną - ile to, że nie chcieli przynieść ryzyka sprawie.
Nie, to byli ludzie przede wszystkim pełni energii. Mieli świadomość, że za kilka, kilkanaście miesięcy trafią do więzienia, ale i tak najważniejsze było dla nich to, żeby posuwać sprawę do przodu, działać. Czasami miałem wyrzuty sumienia, że przeszkadzam im w pracy, myślałem nawet, że ten film w porównaniu z tym, co robią, to coś nieważnego. Moi bohaterowie tak jednak nie uważali i ja też z czasem zrozumiałem, że to, co robimy, ma ogromne znaczenie.
Musiałem wziąć pod uwagę dwie kwestie. Po pierwsze starałem się wybrać to, co najciekawsze. Po drugie - i to chyba było ważniejsze - cały czas myślałem o tym, że powinna powstać z tego jakaś historia. Jako początek i koniec filmu wybrałem sceny stanowiące dość prymitywny symbol - ale należy pamiętać, że i te czasy były bardzo prymitywne - w których najpierw ktoś próbuje zasadzić kwiaty, podlewa je i pielęgnuje, a potem pokazane jest, jak układają się one w napis "S żyje!". Symbol może i prymitywny, ale tak właśnie było, moi bohaterowie wszystkie soki życiowe, całą swoją energię włożyli w to, żeby użyźnić tę ziemię, aby mogła ona wydać plon. I o tym, tak myślę, jest ten film.
@RY1@i02/2011/243/i02.2011.243.196.006a.001.jpg@RY2@
Rozmawiała Anna Kiedrzynek
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu