Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Apostołowie końca świata

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Od 28 lat nie mieszczą się w żadnym stereotypie show-biznesu. The Walkabouts debiutowali w Seattle w czasach punk rocka i nagrywali dla słynnej grungeowej wytwórni Sup Pop, mimo to ich specjalnością nie był i nie jest siarczysty, flanelowy rock, ale folk. I choć gatunek ten nie gości na pierwszych miejscach list przebojów, to amerykański zespół od lat nadaje ton światowej muzyce.

Dowodem są nie tylko rzesze fanów w Belgii, Grecji i Słowenii, ale przede wszystkim płyty wyprodukowane przez lidera Walkaboutsów, Chrisa Eckmana. A odpowiadał on za brzmienie m.in. słoweńskiej surfrockowej grupy The Bambi Molesters, złożonej z rodowitych Tuaregów kapeli Tamikrest czy bluesowego supertria Dirtmusic (Eckman, Hugo Race i Chris Brokaw z Codeine). Wprawdzie były one hołubione przez krytyków muzycznych z całego świata, ale dla polskiego słuchacza najważniejszy jest jego wkład w piosenki Anity Lipnickiej i Johna Portera ("Inside Story").

Na "Travels In the Dustland" Eckman nie tylko wraca po sześciu latach do macierzystego zespołu, ale też do tamtego fantastycznego brzmienia. W The Walkabouts bowiem, podobnie jak na płycie Anity i Johna, muzyczna dramaturgia rozpisana jest na półakustyczny, folkrockowy zespół i dwa głosy: stworzony do śpiewania zabójczych ballad, chrapliwy wokal Chrisa Eckmana oraz tęskny, anielski śpiew Carli Torgerson. Tyle że zamiast o miłości, śpiewają oni o końcu amerykańskiego snu.

"Travels In the Dustland" jest koncept albumem, pomyślanym jako podróż przez tytułową Krainę Pyłu, która z jednej strony jest odbiciem amerykańskiego Zachodu, z drugiej zaś stanowi współczesną metaforę steibeckowskiej Ameryki czasów Wielkiego Kryzysu. A cała ta wycieczka na koniec (kapitalistycznego) świata została rozpisana na 11 piosenek, z których niektóre mógłby się znaleźć w repertuarze Nicka Cavea ("The Dustlands"), Emmylou Harris ("My Diviner"), a nawet... Jefferson Airplane ("Thin of the Air").

I chociaż folk-rock The Walkabouts mimo rzężących gitar brzmi niezwykle amerykańsko, to od strony technicznej jest to prawdziwa muzyka świata: nagrana w Seattle, zmiksowana w Ljubjanie, z partiami smyczków, za które odpowiadają już nie filharmonicy warszawscy (jak to miało miejsce na płycie The Walkabouts "Devils Road"), ale orkiestry z czeskiej Pragi i Mediolanu. Bo też współczesny kryzys nie dotyka tylko Ameryki, ale całego świata. To sprawka globalnej bankowości, ale zasługą The Walkabouts jest umiejętność przekucia tego w najpiękniejszą muzyczną podróż ostatniej dekady.

@RY1@i02/2011/243/i02.2011.243.196.024b.001.jpg@RY2@

Hubert Musiał

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.