Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Krwawe jatki to przeszłość

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Takashi Miike porzucił brutalne kino i zajmuje się remake’ami japońskiej klasyki

Takashi Miike spokorniał. Ten niegdyś skandalizujący artysta, którego przeładowane skrajną przemocą i perwersyjnym seksem filmy przyprawiały o prawdziwe zawroty głowy, dzisiaj kręci dla dzieci i młodzieży, realizuje zlecenia stacji telewizyjnych, a dla publiki festiwalowej ma w zanadrzu autorskie wersje japońskich klasyków.

A więc wydawać by się mogło, iż wreszcie nastał kres trwającej przez lata szaleńczej krucjaty tego enfant terrible azjatyckiego kina. Sam Miike, który chętniej nazywa się aranżerem niż reżyserem, podobnej diagnozie zapewne by zaprzeczył, wszak nadal zachowuje pełną artystyczną niezależność. Bo choć w Europie i Stanach Zjednoczonych pamięta się głównie jego kontrowersyjne horrory i śmiałe yakuza-movies, ten niecodzienny twórca od początku kariery nieustępliwie eksploruje filmowe przestrzenie zarezerwowane dla rozmaitych gatunków. Zresztą według jego wykładni sam koncept gatunku filmowego jest wielce nieprecyzyjny i stworzony został nie dla artysty, ale dystrybutora, aby ułatwić mu zaszufladkowanie i sprzedaż filmu.

Pierwsze wyreżyserowane przez niego obrazy trafiały bezpośrednio na srebrny ekran albo do wypożyczalni i sklepów, a i dzisiaj Miike chętnie omija obieg kinowy, ceniąc sobie swobodę, którą dają mu producenci telewizyjni. I choć w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych konsekwentnie zajmował się filmem gangsterskim, międzynarodową sławę zapewnił mu dopiero nieortodoksyjny, perfekcyjnie zrealizowany horror "Gra wstępna", nakręcony w 1999 roku. Miike dowiódł w nim, że ma specyficzną wrażliwość na piękno kadru oraz niesamowite wyczucie storytellingu, eksperymentując ze zmurszałymi konwencjami i igrając z przyzwyczajeniami widza. Zapamiętano jednak szczególnie szokujący finał filmu, którym zapracował sobie na łatkę twórcy niepokornego, utrwalając ją w dodatku innym przebojem z tego samego roku: mistrzowskim, mocno brutalnym, postmodernistycznym yakuza-movie "Dead Or Alive: Żywi lub martwi" (kolejne części miały swoje premiery odpowiednio w latach 2000 i 2002). Pojawiły się wtedy - po części uzasadnione - zarzuty o epatowanie blichtrem, tandetą i skrajnie złym smakiem, choć oponenci specyficznego stylu japońskiego reżysera zdają się nie zauważać kontekstu, w jakim Miike korzysta z kontrowersyjnych środków, za ich pomocą dekonstruując i wykoślawiając ograne schematy gatunkowe.

Pozycję Miikego na poboczu głównego nurtu ugruntowały późniejsze filmy - krwawa, przerysowana i przez to prześmiewcza adaptacja słynnej mangi "Ichi zabójca"; zrealizowany w surrealistycznej manierze, naszpikowany psychoanalitycznymi symbolami "Gozu" czy nakręcony w konwencji mockumentary, groteskowy, nawiązujący do "Teorematu" Pasoliniego, "Visitor Q". Miike porzucił dawną, szokującą estetykę - to, jak na razie, zamknięty rozdział w bogatej karierze reżysera. Dzisiaj uwaga widzów i krytyki zwrócona jest przede wszystkim w kierunku jego reinterpretacji klasyki kina samurajskiego - "Harakiri - śmierć samuraja" oraz "13 zabójców". Oba pokazywano już na światowych festiwalach i zostały tam ciepło przyjęte. Miike kolejny raz zaskoczył publiczność, trzymając się tym razem tradycyjnych form opowiadania. Trudno jednak powiedzieć, czy realizacja podobnych produkcji wyznaczy rytm kolejnych lat pracy Takashiego Miikego. Na razie pochłaniają go kolejne adaptacje japońskich komiksów i gier wideo.

@RY1@i02/2011/238/i02.2011.238.196.007a.001.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.