Bareja brał mnie na trzy dni
Jan Kobuszewski zdradza receptę na rozśmieszanie, analizuje swoje poczucie humoru i opowiada o przyjaźni z reżyserem "Misia"
Jan Kobuszewski: Na pewno nie można się go nauczyć. Vis comica, albo przynajmniej predyspozycje do niej, trzeba mieć od urodzenia. Samą umiejętność nabywa się przez obcowanie z publicznością, dzięki temu wiadomo, na co można sobie pozwolić. Bo nie można przesadzić - jeśli dowcip, zarówno w sensie gestu, zachowania czy języka słowa, staje się szarżą, wtedy nie ma komedii, a jest szmira. Trzeba mieć umiar, dystans i umiejętność spojrzenia na siebie z boku. Nawet jeśli przesadzimy w pewnych sprawach aktorskich, jeśli szarżujemy, to musimy to robić z pełną świadomością, pod kontrolą. Komedia powinna być szlachetna.
Nie potrafimy się z siebie śmiać. Wolimy wyśmiewać innych.
Nigdy ich nie doświadczyłem. Na mój widok ludzie się zwykle uśmiechają. I to jest chyba największy sukces dla mnie jako aktora, że nie plują, nie odwracają się z niesmakiem, lecz mówią "Dzień dobry, panie Janku". Bardzo jestem współplemieńcom wdzięczny za wyrazy sympatii. Starałem się na nie zasłużyć.
Nieżyjący już mój przyjaciel i kolega z roku w szkole teatralnej Zbyszek Zapasiewicz, który był siostrzeńcem naszego rektora, czyli Jana Kreczmara, wyznał po latach, iż wuj w prywatnej rozmowie zdradził mu, że "Janek będzie aktorem komediowym". I już w szkole do tego komediowego emploi podobno mnie szykowano, o czym wtedy nie miałem zielonego pojęcia. Coś komediowego chyba jednak we mnie tkwiło, uśmiech na mojej chudej gębie zawsze gościł i nawet grając role na wskroś dramatyczne starałem się to uprawdopodobnić domieszką komizmu. Życie nie jest przecież ani czarne, ani białe, lecz mniej lub bardziej szare. W tej szarości mieszczą się zarówno tragedia, jak i komedia.
Ciekawe, czy jest prawdziwa, niech pan opowie.
Nigdy nie wykładałem w szkole teatralnej, ale kilka razy zasiadałem w komisji egzaminacyjnej dla eksternistów. Rzeczywiście taka sytuacja miała miejsce, zdaje się nawet, że to polecenie padło z ust Saszy Bardiniego, ale nie przypominam, kim był ów kandydat i czy zdał egzamin. Ale to nie było trudne zadanie, bo mnie bardzo łatwo można rozśmieszyć.
Najbardziej śmieszą mnie sceniczne potknięcia, także moje oraz niezamierzone lapsusy w życiu codziennym. Zaś mistrzem w wygłaszaniu dowcipów jest Wiesio Michnikowski - przygotowuje i opowiada je tak, że wobec ładunku tego humoru oraz kunsztu narracji jestem po prostu bezradny.
Poniekąd dostałem tę rolę po kumotersku. Przyjaźniłem się z mężem mojej koleżanki z roku, Majki Broniewskiej, po mężu Pijanowskiej, reżyserem i krytykiem Lechem Pijanowskim, ojcem znanego potem prezentera telewizyjnego i szaradzisty. Leszek zaproponował, że napisze dla mnie taki serialik. I wszystko szło świetnie, dopóki nie wmieszały się władze. Cenzura towarzyszyła nam na każdym etapie produkcji, ingerowano w scenopis i scenariusz - pamiętam, że wygładzano wątki korupcji w zakładach pracy - kontrolowano pracę na planie, coś przemontowywano po kolaudacji.
Kocham kino, ale jako widz, moim pierwszym żywiołem jest teatr, a potem kabaret oraz telewizja, w której także się dużo nauczyłem. Towarzyszyłem powojennej telewizji praktycznie od samego początku. Byłem nawet testerem niektórych nowinek technicznych. Na "Wielokropku", który tworzyliśmy z Jasiem Kociniakiem, testowano działanie pierwszego magnetowidu - nasz program był jedną z pierwszych audycji telewizyjnych zarejestrowanych za pomocą tego urządzenia. Zdaje się, że Polska miała wówczas embargo na takie zakupy na Zachodzie, więc nasi inżynierowie opracowali krajowy odpowiednik zagranicznego sprzętu. W efekcie powstała maszyna o gabarytach szafy trzydrzwiowej, dzięki której nagrania fragmentów "Wielokropka" i innych programów z tamtego okresu przetrwały do naszych czasów.
Wracając do kina - byłem zajęty pracą w teatrze. Bywało, że grałem wieczorem, a rano trwały próby do przygotowywanych spektakli. Na dwóch scenach Teatru Polskiego rocznie odbywało się dwadzieścia kilka premier, to pochłaniało tyle czasu, że nie starczało go już na film.
Staszka spotkałem w Łagowie na planie filmu "Godziny nadziei" Jana Rybkowskiego. To był wielki spęd studentów ze szkół aktorskich w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi i Krakowie, on zaś pełnił rolę asystenta reżysera. Wtedy się zaprzyjaźniliśmy. Mieliśmy niepisaną umowę, że ze względu na pracę w teatrze gram u niego tylko epizody, czyli nie więcej niż trzy dni zdjęciowe. Staszek miał cudowne poczucie humoru, a przy tym był człowiekiem niesłychanej wrażliwości i ciepłego spojrzenia na świat. Pracowało się z nim wspaniale, kiedy aktor zagrał źle, brał go na bok, delikatnie sugerował, żeby spróbować inaczej. Miał świetny zmysł obserwacyjny, on tę peerelowską rzeczywistość odwzorował wiernie, choć w krzywym zwierciadle. Jego niedoceniane wtedy filmy przetrwały próbę czasu. Z kolei Wacek Kowalski opowiadał mi, że początkowo "Sami swoi" mieli być opowieścią o dramacie i tułaczce przesiedleńców z Kresów Wschodnich, a wyszła jedna z najwspanialszych komedii w historii polskiego kina. Komedia to niezwykle trudny, ale wielowymiarowy gatunek. Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników, którzy mieli cierpliwość przeczytać ten wywiad do końca!
@RY1@i02/2011/233/i02.2011.233.196.024a.001.jpg@RY2@
FOT. TEATR KWADRAT
Jan Kobuszewski i Jerzy Turek w spektaklu "Sługa dwóch panów"
Rozmawiała Małgorzata Toruńska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu