Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Zejść z drugiego planu

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Utalentowany aktor, który wciąż nie może doczekać się prawdziwej szansy od Hollywood. Na szczęście Timothy Olyphant dostaje świetne role w ambitnych serialach, takich jak "Justified"

Błyskawiczna i spektakularna. Tego o karierze Timothyego Olyphanta powiedzieć nie można. W jego filmografii brakuje przełomowych ról. Półki w jego domu nie uginają się od nagród. Jednak zawodowe wybory tego aktora wiele mówią nie tylko o nim samym, lecz także o całym amerykańskim przemyśle filmowym i telewizyjnym. 43-letni Olyphant nie podbił Hollywood, ale zamiast tego chętnie przyjmuje role w dobrych serialach.

Aktorem został właściwie przez przypadek. Urodzony w Honolulu na Hawajach, młodość spędził w San Francisco, gdzie przeprowadzili się jego rodzice - nauczycielka i właściciel winiarni. Timothy już jako sześciolatek odnosił pierwsze sukcesy w konkursach pływackich. Drugą jego wielką pasją było rysowanie i dlatego zdecydował się na studiowanie sztuk pięknych na Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Do zaliczenia kierunku potrzebne mu były dodatkowe zajęcia. Wybrał kurs aktorski. Dyplomu nie uzyskał, jednak zauroczony sceną wyjechał do Nowego Jorku, aby dalej zgłębiać tajniki zawodu oraz szukać szczęścia w teatrach i na castingach.

Przystojny i wysportowany debiutant obsadzany był z początku wyłącznie po warunkach, ale hollywoodzcy reżyserzy szybko zauważyli, że jego spojrzenie i mimika predestynują go także do grania czarnych charakterów albo twardzieli. Gonił z nożem przerażonych bohaterów "Krzyku 2" Wesa Cravena, zagrał detektywa w "60 sekundach", pojawiał się także w nieco ambitniejszych produkcjach ("Go" Douga Limana, "Życie mniej zwyczajne" Dannyego Boylea), ale to wciąż były role drugo- i trzecioplanowe.

Przełom przyszedł dzięki telewizji HBO. Olyphant miał już na koncie serialowe epizody (m.in. w jednym z odcinków "Seksu w wielkim mieście"), ale dopiero rola zastępcy szeryfa w "Deadwood" zwróciła na niego baczną uwagę widzów i krytyków. Brutalna opowieść osadzona w realiach Dzikiego Zachodu przyniosła producentom aż 28 nominacji do nagrody Emmy (z czego osiem zmieniło się w statuetki).

"Deadwood" zakończył swój telewizyjny żywot zaledwie po trzech sezonach, jednak współpraca z HBO okazała się dla aktora początkiem dobrej passy. Olyphant wystąpił w drugoplanowej roli w hołubionym przez krytyków serialu "Damages" (polski tytuł: "Układy") wyprodukowanym przez stację FX. Zagrał w nim Wesa Krulika, tajemniczego przyjaciela młodej prawniczki Ellen Parsons. Samo pojawienie się w "Układach" sukcesu jeszcze nie gwarantuje. Z prostej przyczyny: pierwszoplanowy duet Rose Byrne - Glenn Close to, obok skomplikowanej fabuły i ostrej diagnozy amerykańskiej polityki i biznesu, najsilniejszy atut "Damages". Trzeba ogromnej osobowości i talentu, aby zabłysnąć na ekranie w takim towarzystwie. Olyphantowi ta sztuka się udała. Nagrodą była główna rola w kolejnym serialu FX - "Justified".

Olyphant po raz kolejny wciela się tu w rolę stróża prawa - i po raz kolejny robi to w sposób mistrzowski. Jego bohater, Raylan Givens, przedkłada honor i skuteczność nad biurokrację. Ta szlachetna cecha, ceniona wśród dziewiętnastowiecznych twardzieli, we współczesnym Miami okazuje się wyłącznie fatalnie postrzeganym przez zwierzchników przejawem niesubordynacji. Raylan ukarany zostaje zesłaniem do rodzinnej miejscowości, gdzie musi się zmierzyć nie tylko z przestępcami, lecz także demonami własnej przeszłości.

Serialowe występy wciąż nie dały Olyphantowi miejsca wśród największych gwiazd Hollywoodu. Aktor wciąż gra role drugoplanowe w niezbyt ambitnych produkcjach, z których warto wymienić czwartą część "Szklanej pułapki", "Wyspę strachu" (od Toronto Film Critics Association dostał za ten występ nominację do nagrody dla najlepszego aktora) i remake horroru Georgea A. Romero "Opętani".

Przełomem miała być rola Agenta 47 w "Hitmanie", ekranizacji popularnej gry komputerowej. Rzecz jasna podobny film w żaden sposób nie mógł stać się dla Olyphanta przepustką do poważnych, bardziej skomplikowanych ról dramatycznych.

Prywatnie Olyphant uchodzi za osobę niezwykle skromną i sympatyczną. Zapytany, czego nauczył się od Brucea Willisa, odpowiada dyplomatycznie: "Bruce pokazał mi, jak radzić sobie z tym, co spotyka aktora grającego w filmach z ogromnym budżetem: z popularnością, zainteresowaniem fanów i dziennikarzy". W ostatnich latach Olyphant nieraz miał okazję skorzystać z rad bardziej doświadczonego kolegi. Pojawił się w takich wyrobach filmopodobnych jak "Jestem numerem cztery". Fanom tego rodzaju kina Olyphant będzie się więc kojarzył wyłącznie z dobrą prezencją. Wielbiciele jego talentu powinni raczej zasiadać przed telewizorami.

@RY1@i02/2011/190/i02.2011.190.196.004a.001.jpg@RY2@

Anna Kiedrzynek

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.