Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W Australii, czyli nigdzie

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Niestrudzony Bill Bryson tym razem wybiera się na antypody, a efekt jego wyprawy znowu jest zabójczo zabawny

Lot z Warszawy do Sydney jest długi - z przesiadkami w Londynie i Abu Dhabi zajmuje od 31 do 44 godzin. Dzięki Billowi Brysonowi i jego najnowszej książce "Śniadanie z kangurami" podróż na antypody z gehenny zmienia się w rozkosz. I to nie tylko dlatego, że przez 350 stron oceanu, dzikiego buszu, spalonych słońcem miasteczek i metropolii przebrniemy - w dodatku bez ruszania się z ulubionego fotela - w mniej więcej cztery godziny. W pakiecie otrzymujemy bowiem genialnego kompana: gawędziarza, dowcipnisia i nade wszystko świetnego obserwatora.

Bryson sam siebie lubi nazywać cheerleaderem nauki. Tak naprawdę jest jednak cheerleaderem każdego tematu, jaki weźmie na warsztat. Bez różnicy, czy będzie to współczesna angielszczyzna, dramat szekspirowski, echa wielkiego wybuchu, smutny los ostatniego (wypchanego) ptaka dodo czy też podróże po świecie. A że - jak sam mówi - pisać uczył się w redakcji dziennika "The Times", który w tamtych czasach potrafił łączyć dziennikarski ogień i wodę (czyli błyskotliwość z prostotą wypowiedzi), tematem jest dla niego wszystko, nawet on sam. Równie plastycznie opowiada więc o tym, jak podczas nauki surfowania pokonał prawa fizyki, zarywając deską w dno, jak i o zainteresowaniu Australijczyków loteriami, w których nagrodą jest... pięć kilogramów mięsa.

Polski tytuł "Śniadanie z kangurami", przez skojarzenie z przygodami Tomka Wilmowskiego ("Tomek w Krainie Kangurów", 1957), ma zjednać sympatię polskich czytelników. Bryson jednak w cuglach wygrywa rywalizację zarówno z Alfredem Szklarskim, jak i innym piewcą Australii, Lucjanem Wolanowskim ("Pocztą do Nigdy-Nigdy. Reporter w kraju koala i białego człowieka", 1968). Zamiast klasycznego podróżnika mądrali, który na każdym kroku podkreśla, że jadł już chleb z niejednego pieca, w podróży przez antypody towarzyszy nam człowiek z krwi i kości. W dodatku potrafiący tak opowiadać o swoich przygodach, że opisywany kraj przestaje być widokówką, a staje się krajem żywym i fascynującym. Bryson pokazuje bowiem nam Australię, jakiej nie znajdziemy w przewodnikach: zaglądamy razem nie tylko do muzeów, ale też do sklepiku na odludziu, który sprzedaje karmę dla zwierząt i filmy porno. Żar zaś naprawdę leje się z sufitu, pod naszym fotelem czai się cała dziesiątka najbardziej zabójczych węży i pająków świata, a w wannie - krokodyl różańcowy, "stworzenie tak doskonale zaprogramowane do zabijania, że od 200 milionów lat nie miało potrzeby ewoluować".

Jak przystało na akademika, każdą swoją podróż (czy to geograficzną, czy intelektualną) Bryson poprzedza dokładnym przeryciem bibliotek. Dzięki temu jeszcze zanim wyruszy w podróż do Australii, wie, że w 1997 roku o kraju tym "New York Times" napisał zaledwie 20 razy, Sydney w 1953 roku było zapyziałą dziurą, a Pustynia Simpsona zawdzięcza swoją nazwę... producentowi pralek. Mało tego, wie nawet, że gdyby Jean-Franćois de La Pérouse nie spóźnił się kilka godzin, to on, a nie James Cook byłby odkrywcą Australii. To zaś - jak z typową dla siebie swadą zauważa autor - oszczędziłoby Australijczykom 200 lat angielskiej kuchni. Dzięki temu "Śniadanie z kangurami" jest jedną z tych książek, które czytają się same.

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.026a.001.jpg@RY2@

@RY1@i02/2011/185/i02.2011.185.196.026a.002.jpg@RY2@

Hubert Musiał

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.