Morały z lunaparku
"Monte Carlo" to niczym niezmącona fantazja czternastolatki wychowanej na pełnometrażowych filmach Disneya dla młodzieży. Zapewne nieprzebrane pokłady niewinnej naiwności zostaną przez publiczność docelową niezauważone, ale mamy do czynienia z kinem mocno przeciętnym. Film opiera się na starym pomyśle zamiany miejsc, a raczej mylnie zidentyfikowanej tożsamości bohaterki. Nastoletnia Grace podczas wyjazdu do Francji, z powodu fizycznego podobieństwa, zostaje wzięta za brytyjską dziedziczkę ogromnej fortuny. Wraz z siostrą oraz przyjaciółką korzystają z owej pomyłki ile wlezie. A miłość i tak przyjdzie do nich sama, nieproszona.
Czegoż to nasze dziewczyny nauczyła niespodziewana wycieczka do Monte Carlo? Okazuje się, że to wyprawa czysto hedonistyczna, niczym całodniowy pobyt w wesołym miasteczku na koszt sąsiada. Sklecony naprędce epilog nie zaciera wrażenia, że chodziło tutaj o dobrą zabawę. I w gruncie rzeczy nic w tym złego, bowiem "Monte Carlo" w końcu miało być projekcją dziewczęcego snu o wolnym od zmartwień życiu niefrasobliwej księżniczki. Zamiast banalnych morałów serwuje się więc nam wielki pokaz mody i kilka gagów. Dzieje się w filmie sporo, tempo jest sprawne, szybkie, ale co jednym okiem wpadnie, to drugim wypadnie. Na uwagę oglądających zasługują chyba tylko plenery Monaco i przyjemna muzyka autorstwa laureata Oscara, Michaela Giacchino.
Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu