Ekshibicjonizm ducha
Na ekrany wraca arcydzieło Bernarda Bertolucciego. "Ostatnie tango w Paryżu" z upływem czasu nabiera coraz większej wartości
Można dyskutować nad powodami, przez które przed czterdziestoma laty młodziutka Jeanne, której ślub majaczył już na horyzoncie, wdała się w romans z dwukrotnie od siebie starszym wdowcem. Można próbować rozłożyć ich związek na czynniki pierwsze. Można prowadzić niekończące się dysputy na jego temat. Można, ale nie trzeba, bowiem przekornie film Bertolucciego nie wymaga od widza chłodnego, analitycznego spojrzenia, ale wręcz rzuca wyzwanie naturalnej potrzebie racjonalizacji. "Ostatnie tango w Paryżu" to istny ekshibicjonizm ducha, choć wydawać by się mogło, że trudno o film bliższy tematowi cielesności. Owszem, seks jest tutaj istotny, ale nie stanowi celu, lecz środek, staje się narzędziem, za pomocą którego czterdziesto- czteroletni Paul usiłuje zalepić zionącą w jego życiu dziurę powstałą po samobójstwie żony.
Poznaną przypadkowo Jeanne traktuje instrumentalnie, a dziewczyna podporządkowuje się mężczyźnie bez mrugnięcia okiem, chcąc uciec choćby na chwilę od swojego narzeczonego, opętanego kompulsywną potrzebą rejestrowania rzeczywistości za pomocą kamery - zresztą w sekwencjach z jego udziałem Bertolucci zwrócił ostrze swojej satyry w kierunku przedstawicieli francuskiej nowej fali. Zasada potajemnych spotkań w pustym mieszkaniu w jednej z paryskich kamienic jest prosta - żadnych imion, żadnych historii, żadnych zwierzeń. I żadnych uczuć. Kiedy ostatni punkt niepisanego regulaminu zostanie złamany, iluzja pryśnie. Obcy sobie ludzie, perfekcyjni nieznajomi, nie będą już dla siebie Mężczyzną i Kobietą, a Paulem i Jeanne.
Minione cztery dekady dowiodły, że Pauline Kael myliła się co do jednego w entuzjastycznej recenzji napisanej w roku premiery - "Ostatnie tango w Paryżu" nie stało się punktem zwrotnym dla kina artystycznego. W tych dwóch godzinach zawarł się początek i koniec swoistej rewolucji, będącej niczym rozbłysk eksplodującej supernowej. Ale wartość obrazu Bertolucciego nie została przyćmiona przez kolejne, może nawet odważniejsze w warstwie obyczajowej produkcje, również z uwagi na metafilmowy wymiar dzieła. Relacja na linii Brando - Schneider przypominała, jak mówi sam reżyser, perwersyjną, kazirodczą fascynację.
I w pewnym sensie jest "Ostatnie tango w Paryżu" emocjonalnym gwałtem na widzu o niesłabnącej, pomimo upływu lat, intensywności. To nadal kino bolesne i gorączkowe.
@RY1@i02/2011/160/i02.2011.160.196.023b.001.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu