Skończyć tam, gdzie się zaczęło
Jaroslav Rudiš czerpie z tradycji Bohumila Hrabala i jego następców. Historię Europy Środkowej opowiada z czułością i dobrotliwym dystansem
Mariusz Szczygieł twierdzi, że czeski minimalizm, dobrotliwy humor, skłonność do traktowania życia z dystansem, a więc to, co w skrócie zawiera się we wdzięcznym słówku "pohoda", u naszych południowych sąsiadów traktuje się jako narodową przypadłość. Ponieważ Polacy i Czesi są jak swój pozytyw i negatyw, obie strony mają czego sobie zazdrościć. My im - umiejętności traktowania spraw poważnych z przymrużeniem oka, oni nam - że bycia serio nie uważamy za obciach. Skłonność do żartów z największych świętości jest ponoć nie tylko przywilejem rodaków Jaroslava Haška, lecz także narodowym obowiązkiem. W "pohodzie" zawiera się sedno czeskości.
Jeśli ktoś chce zafundować sobie czeskość w nieskażonej postaci, koniecznie powinien sięgnąć po "Grandhotel". To klimat i umiejętność czerpania z tradycji Hrabala i jego następców są bowiem największymi atutami powieści Jaroslava Rudiša. W warstwie fabularnej dzieje się w gruncie rzeczy niewiele. Mamy Fleischmana, 30-letniego bohatera i narratora książki, uważanego za idiotę i nieudacznika. Fleischman jest prawiczkiem, samotnikiem i wrażliwcem, cierpi na chroniczny katar, uczęszcza na regularne seanse terapeutyczne u ponętnej pani psycholog, a jego niecodzienne zainteresowania należałoby określić mianem "meteofilii" - młody mężczyzna jest zapalonym obserwatorem zjawisk pogodowych.
"Czesi to naród, który boi się ruszyć. A jak się ruszy, to niechętnie i tylko kawałek" - twierdzi terapeutka Fleischmana. Lęk przed zmianą miejsca okaże się przypadłością wszystkich bohaterów powieści, mieszkańców i pracowników tytułowego Grandhotelu. Hotel na czeskiej prowincji, nazywany cudem architektury będzie azylem życiowych dezerterów i ulubionym miejscem samobójców. "Człowiek musi skończyć tam, gdzie się urodził" - brzmi motto niejakiego Franza, weterana wojennego przyjaciela głównego bohatera. Fleischman bierze sobie te słowa do serca. Do tego stopnia, że próby przekroczenia granic rodzinnego miasteczka budzą w nim paniczny lęk.
Ale być może zbiorowa niechęć do podróży jest sposobem odreagowania? Za monotonną egzystencją czeskiego miasteczka kryje się bowiem piętno burzliwej historii. Mimochodem Rudiš opowiada o latach trudnej koegzystencji czesko-niemieckiej, nie unikając wątku wypędzenia Niemców Sudeckich po II wojnie światowej, o czasach komuny i transformacji. Czyni to z lekkością, choć nie upraszcza. Tak potrafią tylko Czesi.
@RY1@i02/2011/136/i02.2011.136.196.026b.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2011/136/i02.2011.136.196.026b.002.jpg@RY2@
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu