Ta rozgadana pustka
Raymond Carver genialnie konfrontował złudzenia amerykańskiego snu z nihilizmem prowincjonalnej codzienności
Carver mawiał, że pisarz nie jest swoimi bohaterami, ale oni są nim. Zapewne więc w postaciach z jego opowiadań - borykających się z nieudanymi małżeństwami czy alkoholizmem straceńcach z prowincjonalnych amerykańskich mieścin - dałoby się doszukać śladów samego autora. Ale ostrożnie - w myśl innej jego tezy, że dobra literatura to nieco autobiografii i dużo wyobraźni.
Carver, urodzony w 1939 roku w niewielkiej miejscowości Clatskanie w Oregonie, przeżył dzieciństwo w warunkach, które raczej trudno określić jako cieplarniane: jego ojciec, alkoholik, był pracownikiem tartaku, a matka kelnerką. Mimo to mały Ray dobrze się uczył, prędko zaczął też odkrywać w sobie talent literacki. Jego pierwsze, nastoletnie teksty opowiadały ponoć "o potworach, mrówkach, laboratoriach i szalonych doktorach".
Wcześnie rozpoczął nie tylko życie twórcze, lecz także rodzinne. W wieku 18 lat został mężem Maryann Burke, trzy lata później miał już dwójkę dzieci. Jak większość pisarzy, Carver musiał się imać różnych zajęć pozaliterackich, by utrzymać siebie i rodzinę: w ciągu swojego niezbyt długiego przecież życia zdążył być choćby portierem, bibliotekarzem, nocnym stróżem czy redaktorem podręczników. Ciągłe zmiany pracy i miejsca zamieszkania, kłopoty z pisaniem i wychowywaniem dzieci powodowały frustrację, którą młody pisarz nauczył się rozładowywać w destrukcyjny, choć typowy dla tej grupy zawodowej sposób - pijąc. Do 40. roku życia stanie się już osobą mocno uzależnioną, dołączając do zaszczytnego grona wybitnych pisarzy alkoholików. Kiedy w 1973 zaczął wraz z Johnem Cheeverem prowadzić zajęcia pisarskie w prestiżowym college’u Iowa, znacznie bardziej interesowały go wyprawy do sklepów monopolowych. "Nie robiliśmy właściwie nic poza piciem - wspominał później. - To znaczy prowadziliśmy jakieś zajęcia, w sensie wykładów, ale przez cały ten czas, kiedy mieszkaliśmy w hotelu na kampusie, nie sądzę, żeby któryś z nas choć raz zdjął pokrywę ze swej maszyny do pisania".
Szczęśliwie nawet w bardzo rozrywkowych latach udało się Carverowi sporo napisać. Nie było to łatwe nie tylko ze względu na picie, lecz także obowiązki rodzinne. Co zabawne, to nimi właśnie amerykański pisarz tłumaczył swoje zainteresowanie krótką formą: "Ożeniłem się, gdy miałem 18 lat. Moja żona miała 17 i była w ciąży. Nie mieliśmy pieniędzy i wciąż musieliśmy zarabiać na dwójkę dzieci. Nie mogłem sobie pozwolić na to, by zacząć pracować nad czymś, co zabierze mi kolejne dwa, trzy lata. Postanowiłem więc pisać wiersze i krótkie opowiadania. Mogłem usiąść przy stole, zacząć i skończyć za jednym posiedzeniem".
Pierwsze opowiadanie Raymond Carver publikuje w 1961 roku w gazetce uniwersyteckiej. Ale swój późniejszy, skrajnie minimalistyczny styl wypracował później, i to - jeśli wierzyć legendom - dzięki nadgorliwemu redaktorowi Gordonowi Lishowi z magazynu "Esquire", a potem wydawnictwa Alfred Knopf. To on bezlitośnie ciął teksty Carvera, dokonując skrótów sięgających nawet 70 procent tekstu. Pisarz godził się na to, gdyż zależało mu na szybkiej publikacji. Cięcia wpędzały go jednak - jak każdego autora przywiązanego do swych słów - w głęboką frustrację. Niektórzy twierdzą nawet, że praca z Lishem i konieczność chodzenia na tak dalekie redakcyjne ustępstwa istotnie przyczyniły się do alkoholizmu pisarza.
Z drugiej strony wydaje się, że to pomysły Lisha doprowadziły do artystycznego i komercyjnego sukcesu Carvera. Nie wiadomo, czy bez pomocy wpływowego redaktora (pracował choćby z Donem DeLillo czy Cynthią Ozick) wydany w 1976 roku debiutancki zbiór opowiadań "Will You Please Be Quiet, Please?" okazałby się sukcesem (tytułowe opowiadanie zostało później zamieszczone w zbiorze America’s Best Short Stories), nie wspominając nawet o powodzeniu najgłośniejszego tomu Carvera "O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości" (1981).
Sukcesy literackie, jak to często bywa, stały się dla pisarza tyleż radością, ile utrapieniem - w latach 70. rozpadło się małżeństwo Carvera, a od lekarzy dowiedział się, że stoi jedną nogą w grobie. Carver będzie później wielokrotnie powtarzał, że ostatnia dekada życia została mu podarowana na zasadzie łaski: przeżyje ją w trzeźwości u boku nowej partnerki - poznanej w 1977 roku Tess Gallagher, która zajęła się później spuścizną pisarza. Raymond Carver zmarł w 1988 roku, mając zaledwie 50 lat, na raka płuc - przypadłość spowodowaną zapewne jego kolejnym nałogiem: namiętnym paleniem tytoniu.
Choć wcześnie umarł i nigdy nie napisał powieści, na stałe zapisał się w literaturze - nie tylko zresztą amerykańskiej. Jego inspirowane twórczością Czechowa oszczędne, chropowate, duszne opowiadania, w których z rolą przypadku w życiu współgra powtarzalność ludzkiego doświadczenia, to dziś klasyka. Zresztą już za życia amerykańskiego pisarza krytycy przypisywali mu ojcostwo nowej fali w amerykańskiej literaturze - tej skupionej wokół minimalistycznego pisania i krótkiej formy. Choć samemu Carverowi się to nie podobało i odparowywał, że jest jedynie ojcem swoich dzieci, zgadzał się z tym, że w swojej twórczości kierował się maksymą swojego drugiego - poza Czechowem - mistrza, Ernesta Hemingwaya, który powiedział: "Proza to architektura. A to nie jest epoka baroku."
Do uwielbienia dla pisarza przyznaje się dziś nie tylko japoński twórca bestsellerów Haruki Murakami - pasjonatem jego opowiadań był także reżyser Robert Altman, autor filmu "Na skróty" na motywach tekstów Carvera. To zresztą była do niedawna jedyna znana w Polsce proza autora - na szczęście w ostatnich paru latach dołączyły do niej kolejno zbiór "O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości", potem pochodzący z 1983 roku tom "Katedra", a teraz ostatnia książka Amerykanina - "Słoń" (1988).
Zawarte w niej opowiadania działają na zasadzie wstrząsu, takiego samego, jaki funduje nam twórczość Samuela Becketta. I tu bowiem czytamy słowa, które są czystą pustką. Bohaterowie tych tekstów - para rozmawiająca ze sobą w czasie bezsennej nocy, mężczyzna wykorzystywany finansowo przez całą rodzinę, mąż zdradzający żonę z sąsiadką - wypowiadają słowa, które naprawdę nic nie znaczą. Choć sporo w tej książce dialogów, nie pamięta się żadnego z nich, nawet urywka. Jakby ta książka była spisaną ścieżką dźwiękową z radia gadającego gdzieś za ścianą - radia, które wreszcie ktoś wyłączył. Nic się nie zaczęło, nic się skończyło, nic się nie zmieniło. A jednak ta proza - tematyką przypominająca twórczość innego piewcy przegranych przedmieść Ameryki, Richarda Yatesa, autora sfilmowanej "Drogi do szczęścia" - jest ogromnym egzystencjalnym przeżyciem. Znajdziemy w niej smutek pozbawiony sentymentu i emocje bez nadziei, wyzute z jakiejkolwiek egzaltacji. Dobrze, że wreszcie możemy czytać Carvera po polsku.
@RY1@i02/2011/112/i02.2011.112.196.038a.001.jpg@RY2@
Raymond Carver genialnie
@RY1@i02/2011/112/i02.2011.112.196.038a.002.jpg@RY2@
Patrycja Pustkowiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu