Wolność dla kobiet
W czasach gdy prasa mogła jeszcze zmieniać świat, magazyn "Marie Claire" wywołał prawdziwą rewolucję
To tytuł, który jest prawdziwą legendą. Dziś ukazuje się w kilkudziesięciu krajach świata, m.in. w Estonii, Syrii, Arabii Saudyjskiej i Meksyku.
Tygodnik ukazał się po raz pierwszy w 1937 roku i błyskawicznie podbił serca francuskich czytelniczek. Dwa lata później pismo osiągnęło nakład miliona egzemplarzy. Wybuch wojny spowodował przerwę w jego wydawaniu, a reaktywacja nastąpiła dopiero w 1954 roku. Od tamtej pory magazyn ukazuje się co miesiąc. Jego współtwórczyni (razem ze swoim mężem, francuskim pisarzem Jeanem Prevostem) oraz wieloletnia komentatorka Marcelle Auclair pisała: "Nowością w »Marie Claire« jest autentyczne dziennikarstwo, a nie zwyczajowe kobiece ple-ple". Bo też "ple-ple" nie było tym, czego potrzebowały Francuzki w połowie lat 50.
Jakie miały w takim razie potrzeby? Telewizja nie pozostawiała co do tego wątpliwości - prawdziwa gospodyni domowa pragnie superszybkiej maszyny do prania oraz funkcjonalnej kuchni. Tyle że ten sielski obrazek coraz mniej miał wspólnego z rzeczywistością. Od 1945 roku kobiety we Francji mogły głosować, lecz w ślad za wywalczonym w ciężkich bojach zwycięstwem pierwszej fali feminizmu nie następowały kolejne. Równość dobrze wyglądała jedynie na papierze. I właśnie wtedy dziennikarki "Marie Claire", pisma, które od początku swojego istnienia nastawione było na uważne wsłuchiwanie się w nastroje społeczne, zadały w jednym z artykułów pytanie fundamentalne: "Dlaczego kobiety mają mniej wolności?". W ten właśnie sposób kobiece pismo stało się jednym z zarzewi rewolucji.
Francuski dokument "Czasy Marie Claire" pokazuje, w jaki sposób nieepatujący nigdy agresją miesięcznik pomagał rozbijać patriarchalny mur. Jedna z ówczesnych aktywistek opowiada: "Ruch wyzwolenia kobiet wziął się z mówienia, ze słów". "Marie Claire" idealnie wpisywała się w tę bezkrwawą, "gadającą" rewolucję. Dziennikarki domagały się na jej łamach najpierw prawa do pigułki, a potem do legalnej aborcji, jednocześnie pokazując czytelniczkom zmiany w modzie i zachęcając je do odkrywania swojej seksualności. Czytelniczki ufały "Marie Claire", bo ta nie próbowała sterować ich potrzebami. Przeciwnie - pomagała im je nazywać i domagała się tego, by mogły zostać zaspokojone.
Obecne redaktorki miesięcznika twierdzą, że walka jeszcze się nie skończyła. W miesięczniku można dziś znaleźć teksty o mieszkankach Afganistanu lub krajów Afryki. Również kobiety bogatego Zachodu, mające prawo do robienia kariery i nieposiadania dzieci, mogą liczyć na to, że "Marie Claire" wesprze je w batalii o jedno z ostatnich niewywalczonych jeszcze praw - do starzenia się. Bez botoksu.
@RY1@i02/2011/102/i02.2011.102.196.004a.001.jpg@RY2@
Anna Kiedrzynek
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu