Nie ruszam się bez aparatu i pstrykam w nieskończoność
O fotografii, teatrze i roli w "Świnkach" Roberta Glińskiego opowiada Tomasz Tyndyk
Tomasz Tyndyk: Zaczęło się od Facebooka. Robiłem zdjęcia komórką i niektóre wklejałem na swój profil. Z czasem zrobił się z tego rodzaj minibloga, ludzie zaczęli komentować. Pojawiły się pierwsze propozycje sesji. Dzisiaj nie ruszam się bez aparatu.
Robię zdjęcia non stop. Znajomi przyzwyczaili się, że ciągle pstrykam. Nie zwracają na mnie uwagi. Nigdy nie namawiam do pozowania, nie daję żadnych wskazówek. Może właśnie dlatego zdjęcia są naturalne, niewystudiowane.
Pracujemy razem. Przyjaźnimy się. Na pewno łatwiej jest namówić koleżanki i kolegów z teatru na eksperyment niż nieznajomych z ulicy.
Tak, ale kiedy w końcu uwierzyłem, że mam dobre oko, zaczęło mi zależeć, żeby zdjęcia były dobre również pod względem technicznym. Uczyłem się od podstaw: jakie znaczenie w fotografii ma światło, czym jest przesłona.
Aparat cyfrowy pozwala pstrykać w nieskończoność. Usuwamy kiepskie zdjęcia, dodajemy nowe. Dawne modele wymagały staranności i koncentracji. Do dyspozycji było zaledwie kilkadziesiąt klatek. Trzeba było się wysilić, żeby nie zmarnować tych ujęć. Nie będę przesądzał o wyższości którejkolwiek z technik, moim zdaniem obie są dobre.
Jestem w szczęśliwej sytuacji, że oprócz fotografowania mam inny zawód. Nie muszę się utrzymywać z robienia zdjęć. Być może gdybym musiał robić sesje codziennie, po jakimś czasie miałbym dosyć.
Dożynki? Super, to byłby odlot.
Niekoniecznie.
To ty pytasz (śmiech).
Również dla mnie rola Robina była przełomem. Przeżycie tak silne, że prawie nie pamiętam już, co czułem, kiedy rodził się spektakl. To był skok na wielką wodę. Byłem etatowym aktorem Teatru Współczesnego we Wrocławiu, kiedy pojawiła się propozycja pracy z Warlikowskim: w tym zespole, z tak mocnym tekstem.
Grałem jak w amoku. Wiedziałem, że dzieje się coś ważnego. Na początku drogi zawodowej uwierzyłem, że teatr ma wielką siłę. Publiczność była podzielona, ale czuliśmy, że chodzi nie o skandal, tylko o konsternację widowni, która zetknęła się z przedstawieniem o tak ogromnym ładunku emocjonalnym.
W kostiumie, z przytupem, z deklamacjami? Nie. Nawet wrocławski "Romeo i Julia" w reżyserii Rimasa Tuminasa, gdzie grałem Benvolia, został potraktowany nietypowo. Ale o tym wszystkim zdecydował przypadek. W 1998 roku wygrałem casting do roli Davida w późniejszym dyplomie, brutalistycznych "Niezidentyfikowanych szczątkach ludzkich" Brada Frasera w reżyserii Jana Maciejowskiego. Ta rola była jak pieczątka. Przedstawienie było szokiem dla części moich profesorów, tym bardziej że na studiach nikt nie postrzegał mnie w ten sposób. Na ćwiczeniach grałem jak wszyscy - w Molierze, Racinie, Wyspiańskim.
Jasne. Wszystko zależy od tego, jak to byłoby wymyślone i zrobione.
Będziemy pracowali w podobnym składzie osobowym: Agnieszka Podsiadlik, Ola Konieczna i ja. Wspólnie z reżyserem tworzymy scenariusz, czujemy się współautorami. Przedstawienia Pollescha są dla mnie szczególnym wyzwaniem. W "Ragazzo dell`Europa" niby jest zabawnie, ale pod tym uśmiechem kryje się filozoficzna i psychologiczna zaduma nad kondycją społeczeństwa i mechanizmami rządzącymi wolnorynkowym światem. Grając "Ragazzo...", każdego wieczoru musimy pilnować, żeby żadnego z tych elementów nie było za dużo. Groteska nie może przytłoczyć tonacji serio.
Próby szły jak po grudzie. Nie potrafiłem tego ugryźć, wstydziłem się. Dziewczyny występujące ze mną w przedstawieniu, na przykład Iza Kuna albo Marysia Seweryn, pytały: "Tomek, może w końcu zaczniesz coś robić"? Odpowiadałem, że nie jestem w stanie próbować, ale na pewno to zagram. "Miss HIV" graliśmy początkowo w nieistniejącym już klubie Le Madame. Trzecia próba generalna była otwarta dla publiczności. Bywalcy Madame usłyszeli - możecie spokojnie pić piwo albo obejrzeć spektakl. Obecność tej przypadkowej publiczności dodała mi skrzydeł. Puściły hamulce. Popłynąłem.
Nigdy nie wiadomo, co będzie się działo. Zdarzały się różne incydenty, nie zawsze miłe - ale im większy stres przed wyjściem na scenę, tym bardziej uruchamiał się we mnie mechanizm samoobrony. Niczego i nikogo się nie bałem. Bo w roli Rafaela nie ma zmiłuj. Albo wejdziesz w to na sto procent, bez hamulców, albo nie będzie roli. Kiedyś, podczas przedstawienia, wyszarpałem za ucho Jerzego Urbana. Był zachwycony.
Nie bardzo. Ale to dobrze. Chciałbym uniknąć łatki aktora specjalizującego się w rolach transwestytów. Za ciasna szuflada.
Wykańczające przedstawienie. Tym razem tak bardzo nie zależało mi na efekcie. Nie myślałem, czy gram dobrze, czy źle i jak zostanę oceniony. Czułem, że występuję w sprawie, która jest ważna dla mnie prywatnie. "Anioły w Ameryce" potraktowałem jako manifest w sprawie homoseksualistów, AIDS, ludzi wykluczonych. To jedyny spektakl, w którym wychodząc do braw, zawsze płaczę. I widzę zapłakanych widzów.
Bardzo brakuje takich produkcji w polskim kinie. Mam wrażenie, że nasi filmowcy są pruderyjni, zblokowani na punkcie seksualności. Nie ma ról, nawet kobiecych, w których seks odgrywałby istotną rolę. W polskim kinie albo nie uprawia się seksu, albo robi się to w wulgarny sposób. To bardzo dziwne. Jakby nikt nie oglądał filmów produkowanych na świecie, w których seksualność prowokuje psychologiczne znaczenia. Oczywiście, nie chodzi o sam akt seksualny. Alain Delon w filmach Viscontiego był ubrany pod szyję, ale nikt nie miał wątpliwości, że jest "mrocznym przedmiotem pożądania".
Mam świadomość, że moja filmografia wygląda słabo. Może za mało się staram? A przecież bardzo lubię kino. Uwielbiam atmosferę planu filmowego, świetnie czuję się przed kamerą.
Pamiętając, że występuję w kinie komercyjnym, nie chciałem zagrać geja ulepionego ze stereotypów. Podobnie było w filmie "0 1 0" Piotra Łazarkiewicza. Sebastian nie akceptuje swojej fizyczności. Czuje się kobietą. Nie wiedziałem, jak ugryźć tę rolę. Zaufałem intuicji, ale nie jestem pewien, czy rezultat tych poszukiwań był dobry. Nie jestem do końca zadowolony.
Marzę o takiej roli w polskim kinie. "Trzy sezony w piekle" to historia powojennej awangardy w Czechach. Film kostiumowy, z dużym budżetem, dbałością o detal. Gram poetę wywrotowca chorego na gruźlicę.
Nadawałbym się do tego samego targetu (śmiech).
Straciłem nadzieję, że "Świnki" kiedykolwiek trafią do kin. I było mi trochę żal, bo abstrahując od mojego udziału, mam wrażenie, że Robert Gliński zrobił film na ważny temat. W miasteczkach przygranicznych burdeli było niemal tyle samo, ile sklepów spożywczych. A dzieciaki prostytuowały się w większości za cichą zgodą rodziców. Chodziło o kasę. O takich sprawach wolimy nie pamiętać i nie wiedzieć. Ale kino jest m.in. po to, żeby o tych rzeczach przypominać.
Ważna praca. W filmowej sypialni towarzyszę Kasi Herman. To film o seksie, który zamienia się w zrozumienie. O miłości ponad podziałami, o niezrozumiałych decyzjach, złych słowach. W sypialni. I w życiu.
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.042a.001.jpg@RY2@
Magdalena Popławska na zdjęciu Tomasza Tyndyka
@RY1@i02/2011/097/i02.2011.097.196.042a.002.jpg@RY2@
Tomasz Tyndyk, autoportret
Łukasz Maciejewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu