Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Witkacy nieskomplikowany

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

"Pożegnanie jesieni" zawsze było zapisem umierania zepsutego świata i narodzin zautomatyzowanej rzeczywistości. Książka trafiła w swój czas dopiero 20 lat temu. Jak dziś czytana jest w teatrze?

Pamiętacie fenomenalny film Trelińskiego z 1990 roku albo spektakl Grabowskiego z 1993 roku Teatru Słowackiego w Krakowie? Dylematy Atanazego Bazakbala, który nie wie, co bardziej go zgubi: bycie niedokończonym artystą, przeklętym kochankiem czy fałszywym rewolucjonistą, stały się dylematami młodych widzów z epoki transformacji. Treliński odkrywał libido rewolucji, Grabowski po gombrowiczowsku je obśmiewał.

Nie szukaliśmy wtedy u Witkacego karykatury Polski po 1989 roku ani krytyki szaleństwa XX wieku, tylko portretu młodych, którzy nie wiedzą, co jest ważniejsze: rozkosze ciała czy perwersja myśli? Gdzie w życiu pójść i czego spróbować? A mogliśmy wreszcie zrobić wszystko, co chcieliśmy.

Byłem ciekawy, czy i dziś ten temat w Witkacym wybrzmi jak trzeba. Rozczarowało mnie jednak, że Sieklucki, jak kiedyś Treliński i Grabowski, przestaje interesować się książką Witkacego dokładnie w jej połowie. Na pierwszym planie mamy pięciokąt erotyczny: Atanazy Bazakbal (Michał Szwed) ma poślubić niewinną, ale bogatą Zosię (Aleksandra Dytko), pragnie jednak wyuzdanej Żydówki Heli Bertz (Marta Malikowska-Szymkiewicz), w której kocha się książę Prepudrech (Krzysztof Zych), wokół nich kręci się jeszcze hrabia Jędrek Łohojski (Krzysztof Boczkowski), który najchętniej skosztowałby Atanazego. Bazakbal pojedynkuje się z Prepudrechem, potem jesteśmy zaproszeni na podwójny ślub. Zosia, którą mąż zdradza zarówno z Helą, jak i Łohojskim, popełnia samobójstwo. Koniec.

Wszystkie zdarzenia zamykają się w obrębie weselnej nocy. A co z "niwelistami" i trzema rewolucjami, podróżą Tazia i Heli na Wschód? Gdzie seksualne orgie bohaterów w Indiach, śmierć Bazakbala rozstrzelanego na granicy? Sieklucki nie chce wiedzieć, po co Witkacemu potrzebna była druga połowa powieści. Ich Atanazy to ledwie przystojny bubek, i to z takich co podobają się licealistkom - nie zadaje sobie pytań jak jego powieściowy pierwowzór: Do czego mam prawo? Jakie są moje granice?

Realizatorzy wrocławskiego spektaklu zakotwiczają swoją wersję powieści w polskiej współczesności. Nawracający Helę na katolicyzm zakonnik Wyprztyk (Dariusz Maj) to wypisz, wymaluj przedsiębiorczy ksiądz Rydzyk, Sajetan (Piotr Łukaszczyk) drukuje swoje artykuły w "Gazecie Wyborczej". Nie ma po witkacowsku metafizycznie udręczonego świata. Jest zaledwie witkacowska groteska i karykatura. Historię Bazakbala opowiada trzech stetryczałych narratorów (Bolesław Abart, Zdzisław Kuźniar, Maciej Tomaszewski). Wspominający swą szaloną młodość wirują na wózkach inwalidzkich w brzydkiej scenografii udającej salę bankietową w domu wypoczynkowym.

Sieklucki szuka w "Pożegnaniu jesieni" jeszcze jednego "Wesela", stąd nacisk na sceny biesiadne i chóralne, choreografię seksu, gombrowiczowskiego pojedynku narodowych póz. Jakby to, co zbiorowe, więziło u nas od zawsze to, co indywidualne. Co nas wyzwoli? Ano "Homococo". Tak nazywał się piąty rozdział powieści Witkacego, opowiadający o wtajemniczeniu Bazakbala w kokainowe i homoseksualne rytuały jego przyjaciela Łohojskiego. Dla adaptatorów "Pożegnania jesieni" to moment kluczowy. Punkt dojścia bohatera, czas iluminacji, jedyna scena zagrana serio. Po zażyciu narkotyku Tazio i Łohojski rozbierają się z pedanterią i świadomością podniosłości chwili.

Wolność istnieje - tłumaczą przed seksem nagie chłopaki, tylko trzeba dla niej przekroczyć barierę płci i zmienić optykę spojrzenia na rzeczywistość. Można powiedzieć, że wolność w spektaklu Siekluckiego oznacza swobodną ekspresję seksualną, wyrażanie osobowości przez urozmaicone formy życia płciowego. Na przekór opresji tradycji i ideologii. Ale można też ująć rzecz prościej, klasyfikując spektakl etykietami: młodzieżowy i wesołkowaty. Bo wrocławskie przedstawienie nie chce komplikacji. Witkacy zredukowany do jednej myśli wiodącej celuje raczej w erotyczny manifest młodych.

I byłoby naprawdę źle, gdyby nie fenomenalna koncepcja gestyczno-ruchowa, jaką stworzył choreograf Mikołaj Mikołajczyk. Wystarczy popatrzeć, jak uruchomił taniec dłoni Marty Malikowskiej. Jej desperackie klepanie po czole i piersi zamienia się w bluźnierczy, wykonywany jakby do wtóru werbla znak krzyża. Szymkiewicz tworzy najlepszą rolę przedstawienia. Jej Hela jest jak wulkan, maszyna i masakra. Ma się wrażenie, że aktorka może z siebie ściągnąć skórę jak ubranie. Że macha nie dwiema, a trzema rękami, że w jej gardle siedzi puma charcząca krwią zagryzionego zwierzęcia. Każdą sekundą swojej scenicznej obecności zadaje kłam słowom Łohojskiego: "A po co nam te baby?!".

@RY1@i02/2011/087/i02.2011.087.196.041a.001.jpg@RY2@

Łukasz Drewniak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.