Poniżej pasa
Ten, kto oczekuje, że "Agent XXL: Rodzinny interes" to tzw. guilty pleasure, czyli perwersyjnie słaby film, którego oglądanie mimo wszystko sprawia przyjemność, srogo się zawiedzie. "Pleasure" wyparowuje niemal na początku seansu, natomiast poczucie winy męczy jeszcze długo po nim.
Fabuła tradycyjnie stanowi pretekst do tego, aby agent FBI Malcolm Turner (Martin Lawrence) mógł przebrać się za wielką, czarną kobietę. Poza Malcolmem damskie fatałaszki przywdziewa także jego syn Trent (Brandon T. Jackson) - hiphopowy troglodyta, zwany od tej pory Charmaine. Bohaterowie (bohaterki?) wprowadzają się do pełnego napalonych nastolatek internatu. Tam muszą pilnie rozwikłać tajemnicę zaginionej pozytywki, unieszkodliwić podążającego ich tropem gangstera oraz pomóc w organizacji szkolnego pokazu talentów.
Trzeba "Agentowi..." przyznać, że pomaga redefiniować pewne pojęcia. Czym jest hip-hop? To styl życia polegający na podciąganiu spodni do góry gwałtownym ruchem i wymachiwaniu rękami. Czym jest szkoła artystyczna? Miejscem, gdzie ładne dziewczyny śpiewają, a brzydkie i wredne cały czas intrygują i ograniczają swoje racje żywieniowe. Czym jest dieta? Zamianą normalnej coli na tę w wersji light. Czym jest upadek grubej kobiety? Przednim żartem. I tak dalej, i tak dalej. Mimo tych wzbogacających wiedzę o świecie informacji lepiej omijać "Agenta..." szerokim łukiem.
@RY1@i02/2011/083/i02.2011.083.196.027c.001.jpg@RY2@
Anna Kiedrzynek
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu